
Wrażenie na całej naszej rodzince zrobiły potężne metalowe drzewa “rosnące” na głównych alejach miasta. Najbardziej jednak przeżyliśmy corridę. Pierwszy raz (a to ci heca, znów coś zrobiliśmy pierwszy raz…) w życiu poszliśmy na corridę. Nie popsuło nam humorów 1,5 godzinne opóźnienie z rozpoczęciem. Panowie tak sie spieszyli, że rozgniewane byki, poszły … spać. Spóźnienia w tej części świata to normalka. Sana corrida, to rewelacja. Nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest niebezpieczne… Może zdjęcia trochę to oddadzą. Przez chwilę jednak trzeba zapomnieć o zwierzęco/humanitarnuch kwestiach i nie myśleć o tym, co myślą, podczas tej zabawy, byki. Dla sprawiedliwości warto podkreślić, że w przeciwieństwie do meksykańskiej i hiszpańskiej corridy, tu byki nie sa ani zabijane ani nawet ranione, czego nie można powiedzieć o dwóch zawodnikach.
Wulkan Masaya zwany przez starożytnych "La Boca del Infierno" (gęba diabła) był czczcony, jako bóstwo. Odbywały się tu uroczyste obrzędy religijne, podczas których zrzucano małe dzieci do krateru, jako ofiary dla boga. Gdy Hiszpanie podbili te tereny, ustawili krzyż obok krateru, aby odstraszyć diabła. Jednych i drugich pogodziła potężna erupcja wulkanu. Wielki wyciek lawy zniszczył na kilkaset lat całą okolicę.
Wulkan jest nadal czynny. Ostatnia erupcja miała miejsce w 2008 roku. Z krateru wydobywa się cały czas dym a wokół, czuć stare jajka (śmieją się dzieci), czyli siarkę. Ochrona ostrzega, że stężenie wokół krateru jest tak duże, że nie powinno się przebywać na szczycie dłużej, nić 5 minut. Sam szczyt nie jest zbyt okazały, bo mierzy zaledwie 635 metrów n.p.m.
Po zapewnionej przez Ministerstwo Turystyki wycieczce po jeziorze i zwiedzaniu Granady, ruszyliśmy na kolejne wyzwanie: nasz numer siedem. Wulkan Mombacho. 1344 metrów n.p.m.
Mombacho jest wymarły, ale przez otaczający go klimat żyje w postaci endemicznych, tylko tu występujących roślin. Najciekawsza jest najwyższa partia roślinności, która wiecznie przykryta wilgotnymi chmurami, rośnie w jakiś dziwny, niespotykany sposób. Nie umiem opowiedzieć na czym dokładnie polega ta “inność”. Na pewno jednym z elementów jest niesamowita siła witalna tych roślin. Tutaj rzucony patyk na ziemię, następnego dnia puszcza korzenie. Płoty robi się tak, że wkopuje się kije, które same zamieniają się w wielkie żywopłoty.
Gdy zeszliśmy na chwilę na wulkanie z trasy, poczuliśmy co to znaczy dżungla. Ściana pnączy, korzeni i drobnych roślin, która nie pozwala iść do przodu. Nam się udało, bo znaleźliśmy koryto rzeki i nim dotarliśmy do drugiego szlaku.
Po lekcjach nurkowania w słonej wodzie Pacyfiku, ruszyliśmy na wielkie jezioro Nikaragua. Jego długość przekracza 160 kilometrów a na widnokręgu nie widać drugiego brzegu. Gdy kąpaliśmy się wreszcie w słodkiej wodzie, szalały fale, jak w Bałtyku.
Na środku jeziora znajduje się główna atrakcja Nikaragui: magiczna wyspa Ometepe. Ana niej dwa wulkany. Prom prowadził kapitan, który studiował na Wyższej Szkole Morskiej w … Szczecinie. Luśka fakt ten zgrabnie wykorzystała i przeprowadziła sesję fotograficzną na mostku kapitańskim.
Godzinę poźniej siedzieliśmy już w pizerii z proboszczem parafii i cieszyliśmy się wyśmienitą pizzą i lóżkami w centrum pastoralnym.