Po całonocnej jeździe z Belize City “komfortowym” (po meksykańsku) autokarem ALDO dotarliśmy do Cancun około 6 rano. Czasami spóźnienia podobają nam się, bo planowo pownniśmy wysiąść w Meksyku po 4 rano. Nasz autokar psuł się z 4 razy i na koniec wymienili go na inny pojazd, który nie dał rady nadrobić spóźnienia.
Cancun przywitało nas 44 stopniami gorąca. My umieraliśmy z gorąca a Meksykanie cieszyli się, że tej zimy jest całkiem chłodno. Pierwsze kroki skierowaliśmy na plażę. Cancun to ważne miejsce dla wszystkich kochających kąpiele w oceanie i wielkie piaszczyste plaże.
Naszą żółwicę nazwaliśmy Zosią, bo tu jest tradycja obdarowywania żółwic ludzkimi imionami swoich babć. Zofia to imię mojej babci. Ewa i Gosia, czyli mama i teściowa zostały już “wykorzystane” poprzedniej nocy, gdy obserowalismy inne dwa “porody”.
Zofia tak sie wymęczyła, że nie mogła wygramolić się spod leżaków. Gdy pomogliśmy jej z jakimś Francuzem, odsuwając dwa leżaki zablokowała się na drewnianym słupie od baldachimu. I tu już sprawa nie była taka prosta. Zofia nie kumała, że powinna włączyć wstęczny bieg i napierała na słup, który zablokował się pomiędzy pancerzem i prawą płetwą. Postanowiliśmy przesunąć Zosię, co nie było proste. Żółwie olbrzymie potrafią przekroczyć 300 kg wagi a Zosia należała do tych osobników, co nie stronią raczej od Mac Donalda i coca coli. Zapraliśmy się we dwa chłopa i ledwo, ledwo, stękając i zipiąc przesuneliśmy naszą gwiazdę 10 cm, ratując jej pewnie życie.
Nie pojechaliśmy do tych katalogowych i mocno reklamowanych. Byliśmy w cenotach, w których czas spędzali lokalni. W jednej z nich trzeba było odstraszać nietoperze, które wkurzone latały w kółko po jaskini.
Podobno marzeniem każdego nurka jest eksploracja jaskiń wapiennych, które tylko tu występują w takiej liczbie. Podwodna, czysta, krystaliczna woda oświetlana jest tysiącami, przedostających się przez wapienne otwory, promieni słonecznych. Wystające z dna i sufitu stalagmity ze stalaktytami potęgują jakieś dziwne, magiczne wrażenie. Człowiek czuje się, jakby był jakimś odkrywcą, który właśnie ma dokonać wielkiego znaleziska.
Campeche, miasto Piratów z Karaibów. Krótki przystanek w drodze z Meridy do San Cristobaldo. Przyjechaliśmy zmęczeni późnym wieczorem z Chichen Itza i od razu na dworcu wygarnęliśmy pierwszego zonga. Nasz host nie potwierdził obiecanego wcześniej noclegu i o godzinie 21 zostaliśmy na lodzie.
“ Pierwszy w tej wyprawie problem z noclegiem?”- pomyślałem.
Jutro Kanion de Sumidero. Jeden z największych kanionów Ameryki.
Kanion Sumidero, formował się około 5 milionów lat temu. Najwyższe wzniesienie sięga 1 kilometra a nasz zachwyt był jeszczę większy. Dziś zrozumieliśmy dlaczego wszyscy przyjeżdżają do brzydkiej Tuxtli. Kanion jest tym magnesem.
Chociaż o samej Tuxtli też zmieniamy powoli zdanie. Odwiedziliśmy El Parque de la Marimba, gdzie wieczorami lokalni słuchają muzyki i tańczą. Fajna atmosfera ogarnęła i nas.
Spotkanie z dziećmi z okolic Meridy miało szczególny wymiar. Dzieciaki przyjechały w wakacje na zaproszenie prezydenta, aby zapoznać się z zabytkami miasta. Cały półwysep Jukatan jest zamieszkany przez Majów. Dzieci często nie używają w swoich domach języka hiszpańskiego i nie integrują się z historią Meksyku, od czasów kolonialnych. To duży problem dla państwa, które chce zintegrować tak dużą i zżytą społeczność.
Dwu miesięczna maszyna do zabijania. Jeszcze miesiąc i nikt z ludzi jej niedotkanie. Prawdopodobnie byliśmy jednymi z ostatnich ludzi, jacy z nim się bawili. Taki właśnie był Tobi- mały lew. Spotkaliśmy się z nim, żeby się pobawić i zobaczyć jak na raz je pół kurczaka. Jego „wybieg” mieści się jakby w małym zoo agro turystycznym. Są tam konie, dzikie gęsi, które skrzeczą, jak ktoś wchodzi na ich teren. Są tam też kury, jaszczurki i psy.
Gdy weszliśmy już do miejsca, gdzie Tobi żyje, zobaczyliśmy go wreszcie. Bardzo chciałem dotknąć prawdziwego lwa.
Dziś zamieszkaliśmy w domu Polaków!!!!! Dom nazywa się Villa Latina i mama mówi, że jest bardzo romantyczna. Stoi dosłownie 10 metrów od morza. Wieczorem na plażę naprzeciwko wychodzą żółwie i składają jajka. Gdy dowiedzieliśmy się o tym, zdecydowaliśmy się pójść na plażę z naszymi nowymi, niedawno poznanymi kompanami: Czarkiem i Violettą.
Ceviche- Nasza specjalność. Zmarynowane w soku z limonki krewetki (najczęściej koktailowe, ale w droższych wersjach większe też się zdarzały) podawane z cytryną, pomodorami i kolendrą. Robią je w restaurcjach, ale najlepiej smakują w plastikowym kubku, przygotowane na motorze lub w bagażniku auta.