Boliwijska mieszanka obiadowa, którą zjadłem na rynku w Oruro. Składa się z kilku elementów: jajko (oczywiście podane nieobrane w skorupie), mięso z lamy, wielka gotowana kukurydza, nieodzowny tutaj, nieobrany ziemniak i plaster białego, słonego sera. Wszystko byłoby okej, gdyby nie drobno pokrojone i na wiór wyzmażone mięso lamy, które przecież z założenia jest bardzo, bardzo chude.
To wielki, napompowany pieróg, który od lat serwuje się w La Paz. Przed sklejeniem wkłada się do środka ser i wrzuca do gorącego oleju. Pieróg smaży się w nim, rosnąc i pompując się w wielką wydmuszkę. Podaje się go z miodem i api, jako tradycyjne boliwijskie śniadanie.
To prastary napój, który odziedziczył swoją nazwę z języka Quechua. Inkowie pili sfermentowany i podgrzany przed konsumpcją czysty sok z czarnej kukurydzy tylko w podniosłych momentach. My możemy teraz go próbować każdego dnia w tradycyjnych lokalnych kioskach. Słodkawy smak zyskuje dzięki delikatnym miejscowym przyprawom i wywarowi z trzciny cukrowej.
Api jest obecne w górskich, andyjskich miejscowościach Boliwii i serwowane w towarzystwie tradycyjnych, słodkich przekąsek: bonuelo i pastel.
To typowe danie z Cochabamby, przygotowane na zasadzie “czym chata bogata”. Na wielki półmisek nakłada się dla wszystkich biesiadników ziemniaki, najlepiej w skurupkach i gotowaną kukurydzę. Następnie na ten podkład wysypuje się mieszankę mięsa, parówek i cebuli z przyprawami a na koniec jajka i i ewentualnie warzywa.
Taka całkiem smaczna wersja europejskiego gularzu. No może poza jednym składnikiem: parówką, której od kilku klat nie jadam. Gdy ją widzę przed sobą nie mogę pozbyć się, myśli, jak tak twarde krowie kopyta, wieprzowe włosy albo oczy mogą ludzie zamienić w tak delikatne parówkowe mięsko…