“Ja nie pomagam biednym. Nie mogę pomagać komuś, tylko dlatego, że jest biedny. Szukam ludzi, którzy chcą zmienić swoją sytuację” – tak opowiadał nam o swojej pracy ksiądz werbista Jacek Gniadek, który przyjął rodzinkę podróżników w Lusace, naszym pierwszym zambijskim przystanku.
Pierwszy raz spotkałem misjonarza z takim rynkowym podejściem do pomocy. Patrząc od kilku tygodni na afrykańską biedę, zaczynam powoli rozumieć lokalną sytaucję. Większość z nich nic nie robi, żeby wyjść z swojego ubóstwa. Zaczynając od akceptacji złodziejstwa polityków, ludzie biernie przyjmują otaczającą ich rzeczywistość. Brak wody w Afryce jest często wynikiem perfidnych działań rządzących. Taka sytuacja daje im dostęp do studni bez dna z zagranicznymi funduszami pomocowymi. W Zambii utrzymywany jest monopol na dostarczanie wody do domów i to właśnie powoduje jej permanentny niedobór. To nie ma nic wspólnego z klimatem. Nie ma problemu z wodą, tylko jest problem z politykami, którym nie opłaca się dawać jej swoim obywatelom.
Ksiądz Jacek wykopał studnię i podłączył okoliczne domy do swojego źródła. Ludzie mieli nagle wodę w własnych ogródkach i do tego taniej, niż z państowych beczek. Problem wody rozwiązał się w miesiąc, ale za chwilę do kościoła przyszli urzędnicy, którzy poinformowali misjonarza, że nie ma prawa dystrubuować wody. Może to robić tylko jedna państwowa firma.
Mam ważną informację! W Afryce jest woda. W Zambii wystarczy wkopać się w ziemię i poprowadzić rurę do domu. Jeśli nie zmieniają rządzących, to znaczy, że im to nie przeszkadza. Tu ludzie mają małą aktywność społeczną. Polityk jest wybrany i nie można go zmienić. Wiele osób prezentuje dziwne myślenie: “Mam dom i nie mogę się przeprowadzić. Nie mam pracy i muszą sobie jakoś bez niej radzić. Nie będę nawet próbował. Będę egzystował, bez próby zmiany mojego życia.” To błędne myślenie jest wspólne dla milionów Afrykańczyków. Żyją z dnia na dzień i czekają na pomoc z zewnątrz. Nie powinniśmy pomagać ludziom, którzy żyją w biedzie ze swojego wyboru. To ich rozleniwia. Dziś gdy robiłem zakupy w sklepiku podeszła do mnie dziesięcioletnia dziewczynka “Giv me two kwacha”. “Why?” – zapytałem. “Because I’m poor”. Zatkało mnie.
“Mówisz, że jesteś biedna. Może i tak jest. Nie wiem, ale chciałbym wiedzieć, co robisz, żeby tak nie było. Dlaczego rozmawiasz ze mną o 10 rano w sklepie, gdy powinnaś być w szkole?” Zamilkła. Skończyłem z dawaniem moim dzieciom na szkolne zbiórki na studnie, edukację dzieci i biedę w Afryce. Zaczynam się zastanawiać, czy budowa studni jest dobra… Czy kopiąc ludziom studnię w buszu, nie przywiązujemy ich do tego miejsca? Może ruszyliby się gdzie indziej szukać pracy? Czy dawanie za darmo pomocy nie demoralizuje? Czy ma się szacunek, do czegoś, co człowiek dostaje za darmo…?
“Linda” po hiszpańsku znaczy “piękna” a slangowe słowo “compound” najłatwiej przetłumaczyć jako “slams”. Dziwne połączenie. Mieszkamy na przedmieściach stolicy. Dosłownie 12 kilometrów od Lusaki nie ma asfaldu, chodników, prądu, wody i wszystkiego, co nam wydaje się być niezbędne do normalnego życia. Linda compound to tutejsze slamsy i z pięknością nie mają nic wspólnego. Zwłaszcza po afrykańskim, krótkim i ulewnym deszczu, kiedy brodzi się w błocie, ryzykując upadkiem przy każdym kroku.
Ludzie mieszkają w jednoizbowych domach bez okien i często drzwi. Śpią na klepisku, bo nie mają łóżek, ani żadnych mebli. Gotują na węglu drzewnym przed wejściem i tam na ziemi spożywają posiłki. Wodę czerpią z państwowej studni, nosząc ją w beczkach do domu. Płacą za każdy litr. Elektryczność ma jeden na 10 domów a pracę jeszcze mniej rodzin. To tu pierwszy raz zobaczyłem dzieci grające w football szmacianą piłką.
I w takiej rzeczywistości ksiądz Jacek woła ludzi do płatnej pomocy, przy budowie przedszkola. Co robi stolaż? Pracuje dwa dni i trzeciego nie przychodzi. Hydraulik nie jest zainteresowany premią za dotrzymanie terminu prac a murarz najchętniej zaczynałby pracę o 10 rano. Gdy patrzę na setki siedzących przed domami mężczyzn, którym nie chce się nawet zamieść śmieci przed drzwiami, to myślę sobie, czy im należy pomagać…
Wszyscy mamy problem z sumiennością. Niewielu jest ludzi, którzy jak papież Jan Paweł II, potrafią przezwyciężyć siebie i łamać własne granice. Cnota wytrwałości jest dla nas wszystkich trudna do osiągnięcia. Ile razy odchudzałeś się? Ile razy zaczynałeś uprawiać sport albo uczyć się angielskiego? W Afryce jednak ten problem jest jeszcze poważniejszy. Nam nikt nie musi tłumaczyć, że trzeba chodzić do pracy, myć się i sprzątać przed domem. A tu ludziom nie che się zrobić podstawowych obowiązków. Pojęcia wytrwałości, samodyscypliny i obowiązkowości to prawie abstrakcja. Potrafią przesiedzieć przed chatą cały dzień, bez podjęcia żadnej akcji. Dlaczego tak się dzieje?
Może to jeszcze głębszy problem, związany z brakiem własności. W buszu teren należy do wspólnoty. Chata i ziemia nie należą do ludzi, więc po co o nie dbać? Może nie umieją sobie wyobrazić konsekwencji braku działania. Afrykańczycy mają też problem z przestrzenią i symetrią. Tu dzieci nie rysują. Nie mają kredek i nie potrafią narysować swojego domu. Ciężko im więc zaplanować swoje życie. Tu trzeba zacząć zmiany od najmłodszych dzieci.
Cieszę się, że w trakcie tej wyprawy mamy możliwość poznawać, co chwila tak wspaniałych ludzi. Misjonarz Jacek poświęcił swoje życie innym. Śmieje się, że dostał skierowanie na misje do stolicy, więc myślł,że to miasto jak Warszawa. Tym czasem w Lusaka nie jest podobna do żadnego polskiego miasta. Nie w Polsce takich miast. Jednak jest tu, trwa i pracuje dla ludzi. Swoimi działaniami przyciąga innych. Przez slamsy Lindy przewinęło się 50 wolonariuszy. W trakcie naszego pobytu mieszkaliśmy z Arturem, który był tu miesiąc. To piękne, że ktoś potrafi na tak długi czas zostawić swoje życie i dać siebie innym. Artur, będąc na codzień informatykiem, w Lindzie montował drzwi, malował ściany i kopał ziemię.
Jacek otworzył dziś w Lindzie przedszkole dla przedsiębiorców. Rodzice oddając dzieci, oglądali … łazienki. Przypomniały mi się opowieści z Buenos Aires o Rosjanach, którzy w 1939 roku, patrząc na sedesy, zastanawiali się, dlaczego w polskich “zlewach” tak dziwnie leci woda. To przedszkole nie jest za darmo. Rodzice muszą partycypować w kosztach, żeby czuli, że dają dziecku coś ważnego. Mieliśmy przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu i tu przeprowadziliśmy naszą pierwszą afrykańską prezentację.