“Niestety nie mam już biletu na dzisiaj” “Ale jak to, przecież 5 minut temu powiedziała pani, że są bilety…?!” “Tak, były dwa bilety, ale się sprzedały i teraz nie ma już żadnego. Proszę następną osobę.” Tak zostałem poinformowany, że nie pojadę do Urugwaju. Nie było go w prawdzie na planie naszej wyprawy, ale jak nie pojechać, skoro jest się zaledwie 3 godziny od urugwajskiego miasteczka…
Spacerując po Tigre, niedaleko Buenos Aires, zobaczyłem oferty rejsów przez deltę rzeki Rio de la Plata. Orientalna Republika Urugwaju – hmmm jeszcze mnie tu nie było. O Urugwaju nie wiedziałem nic. Nie byłem też przygotowany na żaden nocleg. Do Tigre wybraliśmy się na jednodniowy wypad tylko z Wojtkiem, bo Luśce tak dobrze było u pani Marii, że postanowiła zostać w domu. Wojtek stwierdził zaś, że po 2 dniowym leżeniu w łóżku na pewno jest już zdrowy i gotowy na wycieczkę.
Plan na Tigre był prosty: pociąg z Buenos Aires, potem krótki spacer po miasteczku i wycieczka na deltę Rio de la Plata. Rejs miał być bardzo widowiskowy, bo Rio de la Plata łączy w sobie dwie wielkie rzeki: Paraná i Paraguay, tworząc deltę sięgającą od 70 do 120 kilometrów szerokości. Na tej wielkiej powierzchni jest dużo wysepek, na których żyją ludzie. Nie ma tu mostów, dróg ani samochodów. Mieszkańcy używają wody, jako środka komunikacji. Sklepy przypływają do ich domów. W Tigre widzieliśmy duże łodzie naładowane po brzegi makaronami, olejem, wodą pitną, chlebem i winem. Wypełniały się towarami w starym “Puerto de Frutos”, który kiedyś służył jako centrum przeładunkowe uprawianych w delcie owoców i warzyw. Dziś, przy zbyt dużych kosztach uprawy i transportu po podmokłych terenach, port obsługuje łódki lokalnych mieszkańców a pięknie odnowiony, jest ciekawą turystyczną atrakcją.
Na nabrzeżu znaleźliśmy kilka firm, które oferowały godzinne wycieczki po delcie. Ceny większości wahały się od 100 do 140 pesos od osoby. Szukają jednak dokładnie znalazłem jeszcze jedną malutka budkę, w której wycieczka kosztowała 70 pesosów. Już było super, ale postanowiłem jeszcze popróbować. Zaczęliśmy opowiadać z Wojtkiem dwóm sprzedawczyniom o naszej wyprawie. Jedna rozmawiała z nami bardzo aktywnie a druga cały czas miała w ręku telefon. Nagle odłożyła słuchawkę i powiedziała: “Jestem córką właściciela. Płacicie tylko wy, dorośli a dziecko nie płaci nic. Zadowoleni?” Pewnie, że byliśmy zadowoleni. Zaprosiliśmy nawet Tatianę, której babcia była Polką do Torunia, obiecaliśmy polecać łódkę “Santa Maria” i weszliśmy na łódź. Z wycieczki też byliśmy bardzo zadowoleni. Ojciec Tatiany, który był kapitanem łodzi, opowiadał o delcie i życiu na wodzie. Opłynął z nami w godzinę 4 rzeki i zostawił w porcie. Widzieliśmy stare angielskie domy i nowoczesne przechowalnie na motorówki, które leżały sobie poukładane w na półkach, jak zabawki.
Woda wyciąga i człowiek szybko w niej głodnieje. Podobno wyciąga w trakcie kąpieli, ale z nas wyciągnęła również w rejsie i zaraz po jego zakończeniu zaczeliśmy szukać jakiejś taniej garkuchni. Padło na knajpkę w samym centrum, która reklamowała się lokalnym menu i ofertą “Tenedor libre”. Z uśmiechem popatrzyliśmy na chińskich właścicieli tradycyjnej argentyńskiej restauracji, ale nasze spojrzenia skupiliśmy na wyborze dań. Podobno, jak by ktoś chciał mieć pamiątki z całego świata, to wcale nie musi podróżować po wszystkich kontynentach. Wystarczy wejść do chińskiej hurtowni.
Bardzo lubimy “wolne widelce”, w których płaci się raz za wstęp na buffet a potem można jeść do woli. Przy takim pochłaniaczu jedzenia, na jakiego wyrósł w tej podróży mały (choć już wyższy od mamy) Wojtuś to najlepsze rozwiązanie. Jego sławne stwierdzenie “przekąsiłbym coś jeszcze troszczkę”, wypowiadane często po obfitym obiedzie, tu właśnie, w restauracjach typu “tenedor libre” nie stanowi żadnego zagrożenia dla porfela starego ojca.
Pamiętam, jak jeżdżąc z kolegą z Torunia po europejskich targach turystycznych mówiliśmy do siebie, wchodząc na śniadaniowe bufety: ”Ha, teraz to oni zbankrutują. Objemy ich doszczętnie!” Z takim samym hasłem zabraliśmy się w trójkę za konsumpcję krewetek, ośmiorniczek, kalmarów oraz sławnego argentyńskiego ASADO. Bufet za 20zł od osoby plus wino za 9 zł od butelki były w super cenie za znalezione na nim przysmaki. Na koniec podeszliśmy razem do bufetu lodowego, doładowaliśmy w nasze żołądki wielkie porcje lodów i pożegnaliśmy właścicieli. Ciekawe, czy po naszej konsumpcji podniosą cenę dla Europejczyków…
“Ja nigdzie nie płynę! Przecież godzinę temu wysiadłam z łódki.” Lizka kąpletnie nie chciała słyszeć o żadnym rejsie. Stwierdziła, że napływała się w Patagonii po dziurki w uszach i teraz mam na nią nie liczyć. Faktycznie ostatnio odbyliśmy kilka krótkich rejsów oraz dwa dwudniowe i córka kapitana z Szczecina powiedziała “basta z pływaniem”. Powiedziała to takim tonem, że nie próbowałem jej namawiać. Po za tym, byliśmy na jednodniowej wycieczce w Tigre w krótkich spodenkach i koszulkach, nie planując żadnego noclegu poza domem pani Marii. Coraz bardziej zmęczona i mniej podatna na zmiany planów w tej podróży Lizka nie chiała słyszeć o kolejnym niezaplanownym noclegu. I to w niezaplanowanym państwie. Nawet trzymający zwykle sztamę z tatą, Wojtuś tym razem też stwierdził, że nie płynie do Urugwaju. Ciekawe, co go przekonało: brak szczoteczki do zębów czy koszulki na zmianę… Jednym i drugim nie przejmuje się czasami po kilka dni.
Uzgodniliśmy, że Lizka pojedzie na dworzec Retiro w Buenos Aires i kupi bilety na jutro do Iguazu. Nie wczodząc więc w dalsze dyskusje z moimi upartymi towarzyszami dzisiejszej wycieczki kontynuowałem walkę o bilety z panią w okienku. Najpierw znalazłem rejs w jedną stronę do urugwajskiej Nueva Palmira a potem powrót, następnego dnia z Camelo. Pożegnałem zimno żonę oraz jej mamisynka i wsiadłem na statek, zastanawiając się, gdzie znajdę nocleg w Urugwaju i jak, jutro przemieszczę się do Carmelo. O spóźnieniu nie mogło być mowy, bo kolejnego dnia zaplanowaliśmy wyjazd na największe wodospady świata a potem dalej do Brazylii. Zresztą obiecałem Luśce, że urodziny spędzi w Afryce a styczeń zbliżał się wielkimi korkami.
W Urugwaju było jeszcze parniej. Z trudnością nabierało się powietrze a wilgotny klimat przypominał turecką saunę. Wysiadłem w jeszcze mniejszej miejscowości od argentyńskiego Tigre. Połowa mieszkańców kończyła kapiel nad rzeką i wracała spacerem do swoich domów. Nawet nie wiedziałem, że po 3 godzinnym rejsie znalazłem się w innej strefie czasowej. Czas przesunął się o godzinę do przodu. Troche się juz z tymi godzinami gubimy. Co chwila mamy godzinę do przodu albo do tyłu. Dobrze, że nie mam zegarka. Było więc już po 20 wieczorem i sprawa znalezienia noclegu stawała się bardzo pilna. “Gdzie jest kościół? Czy ksiądz będzie tu mieszkał, czy dojeżdża z większego miasta?” – pytałem sam siebie, wiedziony doświadczeniem kościołów często otwieranych tylko w niedziele. Tak myśląc dotarłem do centrum. Kościół stał na głownym placu a na plebanii mieszkało dwóch księży.
“Dobra, dobra, pomogę ci, ale muszisz poczekać chwilę, bo mam tu spotkanie. Wejdź do środka, poczęstuj się kolacją i zaczekaj na mnie” – usłyszałem. “Ufff, a więc mam gdzie spać!”. Znów udało się znaleźć bezpieczny kąt do spania. Jak bardzo się udało, zrozumiałem po chwili. Idąc z portu przez 5 przecznic spociłem się tak, jakbym przerzucił tonę węgla. Wieczorem było 36 stopni Celsjusza. Ta duchota była zapowiedzią potężnej, tropikalnej burzy. Kilka minut po moim przyjściu tak się rozpadało, że wysiadły korki w całym mieście i kontynuowaliśmy rozmowę przy świecach. Padre Vincenzo opowiadał o Urugwaju, który jest najmniejszym i najbardziej laicznym państwem z krajów Ameryki Łacińskiej. Boże Narodzenie zmieniło tu nazwę na Rodzinny Dzień. Wielkanocny tydzień święty nazywany jest tu Tygodniem Turystyki. Urugwajczycy mają wolne przez całe 7 dni, pakują wtedy walizki i wyjeżdżają na wakacje. Vincenzo skarżył się, że w 9 tysięcznej Nueva Palmira ma 2 śluby rocznie. Dzieci przystępują do Pierwszej Komunii, ale zaraz następnego dnia nie pamiętają już drogi do kościoła. Jedynie pogrzebów katolickich jest dużo, ale może dlatego, że zmarli nie mogą już wyrazić swojego zdania…
“Kura” znaczy “ksiądz”. Rano, przy śniadaniu “kura” Vincenzo zapytał mnie o plany. “Jadę do Carmelo, bo stamtąd odpływa mój prom do Argentyny a wieczorem wsiadam do busa z rodzinką do Iguazu. “ - odpowiedziałem a potem usłyszałem: “zawiozę cię do Carmelo. Idź, oglądnij sobie miasto a o godzinie 12 wyjedziemy”. Czy mogło mi się lepiej udać…? Nie wiem, jak to się dzieje, ale w tej spontanicznej i bez jakiegoś szczegółowego planu, podróży spotykam się z sytuacjami, które są bardzo dokładnie zaplanowane. Czuję się wtedy turystą, który uczestniczy w wyjeździe “all inclusive” i ma tylko być i zwiedzać i nic więcej. Tylko kto jest naszym przewodnikiem…?
Nueva Palmira obszedłem wzdłuż i wszerz w 30 minut. Nie było, co zwiedzać. Cicha spokojna mieścina, która na kilka miesięcy w roku zamienia się w największy po stolicy Montevideo, port przeładunkowy zboża w Urugwaju. Podczas zbiorów przejeżdża przez miasto 1.500 wielkich ciężarówek dziennie. Dziś jednak jest początek lata i nie ma jeszcze sezonu. Miasto śpi. Na horyzoncie widać tylko wielkie spichlerze i potężne statki na nabrzeżu, które jakby uśpione, czekają na załadunek.
W południe przeskakujemy do Carmelo i żegnamy się z sympatycznym Vincenzo. Do odprawy mam mniej niż 2 godziny, a chciałbym coś zapamiętać z Urugwaju. Nie ma czasu na zwiedzanie, więc stawiam na jedzenie. Na plaży pytam o restaurację z typową kuchnią. Siadam do stolika i pani proponuje mi “Chivitos”. “Hmmm, brzmi nieźle. Pewnie ryba w cytrynie” – pomyslałem, ale na talerzu dostałem hamburgera. Ooo nie, przyszedłem zjeść jakieś lokalne danie a dostałem fast fooda!!! Pani zauważyła rozczarowanie na mojej twarzy i wytłumaczyła, że chivitos jest właśnie bardzo typowym posiłkiem Urugwajczyków.
Zmieniłem zdanie po pierwszym kęsie. Kanapka zawiera plaster grillowanej wołowiny i boczku, szynkę, ser, jajko i dużo warzyw. Przyznam, że nie jestem fanem śmieciowego jedzenia a szczególnie, obecnej na całym świecie, knajpy pod dwoma żółtymi łukami, którą omijam zwykle jednym wielkiem łukiem, ale ten hamburger był wyśmienity. Przy okazji popróbowałem urugwajskiego wina i zadowoly z życia oraz tej samotnej wycieczki poszedłem do portu. Katamaran wypełniał się pasażerami, a ja korzystając z 10 minut czasu, wykąpałem się pomiędzy statkami, obok innych odświerzających się w wodzie ludzi. Potem wszedłem na pokład i ruszyłem zpowrotem, po raz trzeci do Argentyny, zastanawiając się jak wyglądają Cataratas del Iguazú - największe wodospady świata.
Takie nasze aktywne podróżowanie ma tysiące plusów. Ma też niestety swoje minusy. Jednym z nich jest ciągła zmiana wysokości, klimatu i pogody. Gdy po kilku miesiącach potężnych upałów w Gwatemali i Meksyku zaczęliśmy przyzwyczajać się do tropikalnego gorąca, wjechaliśmy do Peru i Boliwii, ”zapoznaliśmy się” z Andami i zaczęliśmy marznąć. Potem Patagonia nauczyła nas, co to prawdziwy wiatr. Tam, gdy zawiało, to urywało głowy i gięło największe drzewa. Gdy przyzwyczailiśmy się w końcu do rękawiczek i czapek, wylądowaliśmy w Buenos Aires. Tu, w temperaturze 32 stopni puchną nam nogi a pot spływa kropelkami po plecach. Jest tak gorąco, że zaraz po kapieli, można wracać pod prysznic a po chwili spaceru, koszulkę można wyżymać.