Stolica Panamy ma od dziś twarz Paula Ventany, który nas tu gościł. 73 letni Paulo jest emerytowanym nauczycielem i choć czas wybył na jego postaci swoje znaki, to jest pełen wigoru i ochoty do życia. Taka jest właśnie Panama. Z jednej strony stara, kolonialna i dostojna. Często biedna, zaniedbana z rozsypującymi się kamieniczkami. Jednocześnie za rogiem, piękna, dostojna i nowoczesna. Centrum biznesu z drapaczami chmur, nazywane jest Nowym Yorkiem południa.
Dalis, córka Paula pokazała nam obie Panamy. Spędziliśmy świetny czas razem. Dla mnie najlepszym sposobem na poznanie nowego miasta jest zawsze spacer z jego mieszkańcem. Nie oglądam wtedy atrakcji turystycznych i “oficjalnych” miejsc, tylko smaczki miejscowości znane tylko miejscowym.
Nie od razu jednak przyjechaliśmy do Dalis. Najpierw, po kilku nieudanych próbach dodzwonienia się do niej, poprosiliśmy o nocleg proboszcza bezyliki Don Bosco. Salezjanie byli w naszych głowach mocną deską ratukową w przypadku braku chętnych nas ugościć rodzin. W końcu mały Wojtek, to szef ministrantów w Salezjańskiej Szkole Podstawowej w Toruniu. Spaliśmy więc na poddaszu domu parafialnego bazyliki, w klimatycznym pokoiku w samym centrum miasta, na Avenida Cetrale.
Gdy zażegnaliśmy “noclegowy” problem, przy rozpakowywaniu plecaków pojawił się nowy: zapomnieliśmy w autokarze statywu do kamery. Trzeba było wracać na dworzec, szukać kasy naszej linii transportowej i znaleźć kierowcę, który oddałby ten statyw. “Dlaczego nie spróbować?” krzyknął Wojtek i już wracaliśmy na dworzec. Poszło tak dobrze, jak z plecakiem. Tylko 3 godziny biegania po dworcu zakończonych pełnym sukcesem. Zaczynamy się robić profesjonalistami w gubieniu i odzyskiwaniu straconych rzeczy.
Całe dnie snuliśmy się po mieście, zaskoczeni jego ogromem i nowoczesnością. Czyste ulice, drapacze chmur o niesamowitych futurystycznych kształtach, nowe autokary komunikacji miejskiej z tablicami ledowymi wprawiły nas w zdumienie. Panama przyćmiła nie tylko San Jose z Kostaryki, ale też Singapur, który był jednostajny i nudny.
Przeżyliśmy pierwszy zgrzyt tęsknoty Luśki. Dużo tu chodziliśmy, za czym oczywiście dzieci nie przepadają, woląc zawsze spędzać czas na plaży. Również architektura nie jest zbyt mocnym atutem dzieci, której kontemplacja trwa zwykle nie więcej niż trzy i pół minuty. Dokładając do tego 35 stopniową temperaturę otrzymamy mieszankę wybuchową, która czekała tylko na wybuch. Ląd odpalił się w trakcie rozmów o rozpoczętych w tym tygodniu lekcjach. Luśka zatęskniła za Misią i innymi koleżankami z klasy. Zaraz przypomniała sobie o kotku Bolusiu i babciach (w tej właśnie kolejności).
Choć los babć jest, przy dziatkach, w miarę przewidywalny, to przyszłość Bolusia, który zimuje u niepewnych znajomych w Grabowcu, budzi uzasadnione obawy. Lusia zna grabowieckie imprezy i słusznie obawia się o zdrowie Bolka. Nie jeden raz tatuś niezbyt pewnie żegnał niezbyt pewnego pana L. Bolek zaś teraz mieszka tam codziennie...
Opanowawszy smutek zakupem nowej spinki do włosów (oj te kobiety, od najmłodszych lat wszytskie tak samo działają) mogliśmy dalej poznawać Panamę. Po dwóch nocach przygotowywaliśmy się do rozmowy z proboszczem bazyliki, czy nie dałoby się jeszcze przespać jednej nocy. Choć dostaliśmy sygnał z Polski, że Dalis jednak czeka na nas, postanowiliśmy nie zawracać kobiecie głowy. Planowany wylot do Hanavy mieliśmy już o 9 rano. Gdy po porannej mszy podchodziliśmy do zakrystii, jakiś mężczyzna powiedział za naszymi plecami: “dzień dobry”.
Zaskoczenie było jeszcze większe, gdy okazało się, że pan Paulo kilka razy dzwonił do Chianguinola i 2 razy był na dworcu autobusowym w Panamie w poszukiwaniu naszej rodzinki. Natychmiast zabraliśmy plecaki, żegnając się serdecznie z proboszczem, ruszyliśmy z familia Ventoni zwiedzać stolicę.
Na pierwszy ogień poszedł Kanał Panamski. Trafiliśmy na jubileuszowy, setny rok istnienia i akurat przepływający statek. Niesamowite doświadczenie. Obserwacja 30 metrowych śluz, które ważą równowartość 111 słoni robi wrażenie. Statek powoli podnosząc się sunął z Antlantyku na Pacyfik a my posunęliśmy do Panama Viecha, na kieliszek chilijskiego vina. Do imprezy dołączyła córka Dalis i zrobiło się ciekawe pożegnanie.
Dalia przewiozła nas też po 3 wyspach, które są topową destynacją szukających nocnych wrażeń turystów. Pożegnaliśmy Panamę, odlatując na Kubę, bardzo szczęśliwi. Spotkaliśmy tu kolejne wspaniałe osoby. Na Dalis będziemy czekać w Polsce.