Z Reginaldem poszczęściło się fajnie. Powiedział nam, że w Victoria Falls mieszka jego wujek i chętnie nam pomoże. Faktycznie, zaraz po przyjeździe na dworzec podszedł do nas elegandzki gość. Był ubrany w garnitur i krawat, co kąmpletnie nie pasowało do otoczenia. W Afryce autobusy zatrzymują się na rynkach i wokół było pełno straganów z pomidorami, kukurydzą i jajkami. Setki otaczających nas osób chodziło po błocie i kałużach w starych poplamionych koszulkach, klapkach i brudnych spodniach. Nagle między nimi pojawia się facet w niebieskim garniturze, jak jakiś zagubiony model od Armaniego.
Zawiózł nas do domu swojego pracownika i odjechał. Zawiózł nas swoim mercedesem Wypacykowany, czyściutki samochód mijał po drodze rozwalające się graty. Czy to jakiś sen? Nie, to prawda. Przecieraliśmy oczy, ale to nie był sen. Wójka czarodzieja już więcej nie zobaczyliśmy, ale nocleg mieliśmy. Nowi gospodarze, Pashion i jej mąż Orlando byli świetnymi ludźmi i przyjęli nas bardzo serdecznie. Dostaliśmy własny pokój i zjedliśmy razem z nimi ryż z warzywami. Przespaliśmy się bezpiecznie, śniąc o następnym dniu, bo w planach mieliśmy kolejny wodospad.
Victoria Falls jest kompleksem kilku wodospadów. Diabelski skok ma 110 metrów wysokości i jest uznawany za najwyższy na świecie. Woda rozbryzkuje się z taka siłą, że wkoło jest pełno pary. Niesamowite wrażenie, bo w pierwszej chwili sądzi się, że pada deszcz. Człowiek chodzi dosłownie mokrusieński. Aparat zawinąłem w reklamówkę i pewnie dlatego zdołał przeżyć. Na kilku innych skokach spotkaliśmy kolorowe tęcze. Obraz, jak z bajki a my w niej graliśmy główne role. Aż dziw bierze, że ten cód natury został odkryty dla świata zaledwie 150 lat temu. Czarnoskórzy mieszkańcy okolic, oglądając go, nie mieli świadomości czym mogą się chwalić.
Potem pojechaliśmy do farmy krokodyli. Zobaczyliśmy 4 tysiące przyszłych pasków, rękawiczek i toreb. Nawet jak miałbym ochotę coś tam żonie kupić (a nie miałem), to gdy zobaczyłem jaka to przetwórnia zwierząt, nie zostawiłem im ani grosza. Nie lubię takich miejsc…
Ciekawym spotkaniem była rozmowa z gościem opiekującym się zwierzętami. Opowiadał dzieciom o życiu dorosłych krokodyli. Największe osobniki osiągają 2 tony wagi, zachowując przy tym niesamowitą sprawność fizyczną. Jedzą raz na 2 tygodnie, bo żaden z ich 40 kłów nie jest przystosowany do rozdrabniania pokarmów. Połykają wielkie, wyszarpane z ciał upolowanych ofiar, kęsy i powoli je trawią. Krokodyle są kanibalami. Z przyjemnością pożerają swoich ziomali a duże samce uwielbiają wręcz przegryźć sobie małe krokodylki. Krokodyle nie są ssakami i wykluwają się z jajek. Samica znosi 40 jaj a ich płeć zależy od temperatury otoczenia. Podobnie, jak w przypadku żółwi więcej chłopaków urodzi się, gdy będzie ciepło.
Krokodyla mama opiekuje się swoimi jajkami, chroniąc je przez 3 miesięce. W przypadku zagrożenia potrafi przenieść jajka w swojej paszczy w bezpieczne miejsce. Dopiero po tym czasie matki zatracają instynkt macierzyński i młode są zdane tylko na siebie. 98% z nich ląduje w żołądkach orłów, węży, lwów, drapieżnych ryb i swoich wujków. Ogólnie większość drapieżników jest gotowa na krokodylą przekąskę. Jednym słowem: przechlapane. Może dlatego, jak te pozostałe 2% dorasta do 3 metrów długości, to tak krwieżerczo odwdzięcza się wszystkim znajomkom, pożerając ich po kolei.
A propo jedzenia to krokodyle mięso smakuje, jak mieszanka kurczaka, indyka i ryby. Jest białe i bardzo chude. Spożywa się tylko mięso z ogona. Pozwoliliśmy sobie skonsumować z Wojtkiem małą porcyjkę, jako kolejne nasze gastronomiczne doświadczenie.
Jutro wyjeżdżamy z Zimbabwe. Szkoda, bo poczuliśmy się tu, jak milionerzy. Co tam milionerzy. Od dziś jesteśmy bilionerami! Kilka lat temu była tu tak potężna inflacja, że cena bochenka chleba dotarła do milionów lokalnych dolarów. Każdego dnia ceny towarów rosły o miliony. Rząd zniósł narodowa walutę i teraz używa się angielskich poundów, amerykańskich dolarów, euro lub południowoafrykańskich ranów. Podobnie, jak w Panamie w bankomacie można wypłacić tu dolary. Za 1 dolara kupiliśmy sobie kilka bilionowych i milionowych banknotów, więc teraz możecie nazywać nas milionerami!