Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE


Reginaldo z Bulawayo

“Schowałaś?”

“Tak, położyłam koło lodówki.”

“Ok, może teraz się uda…”

“Słuchajcie, a co to jest??? Musicie to zabrać, bo będziecie głodni…"

Tak “walczyliśmy” z panią Donią, gdy wyposażała nas na wyjazd do Zimbabwe. Dostaliśmy 20 naleśników, kotlety mielone, szynkę, kiełbasę i żółty ser w plasterkach, bułeczki i dwie czekoladki dla dzieci, słodkie batoniki, torbę bananów i pomidorów, kilka paczuszek orzechów na przekąskę oraz specjalnie upieczony rano keks z bakaliami. Pani Donia z jedzeniem nie żartuje. Jak są goście, to muszą być najedzeni ☺

Babcia Zosia

Moja, zmarła już nietety, babcia Zosia była taka sama. Obie urodziły się w podobnych latach i przeżywszy dwie wojny, głód i nieszczęście nie potrafią inaczej podejść do pomocy i pożywienia. Moja babcia nie wypuściła nigdy gościa z domu na głodniaka. Na ulicy Sokoła w Szczecinie zawsze była jakaś zupka albo mięso. Oczywiście jedno i drugie na masełku. Gdy nie miała akurat jedzenia w domu, pożyczyła coś od sąsiadki, pani Krakowskiej i na szybko upichciła.

Tata, kocham cię najbardziej na świecie !!!!! - taka wiadomość od Luśki czekała na mnie na ekranie, gdy na chwilę odszedłem od komputera.

Masz tyle lat, ile masz w głowie

U pani Doni czułem się właśnie tak samo. Miłość i zainteresowanie drugim człowiekiem nadaje sens jej życiu i pozwala zapomnieć o 80 przeżytych latach. Z córką Hanią pomagają czarnoskóremu Mozambijczykowi, którego 4 lata temu spotkały na ulicy. Pani Donia piecze ciasta na kościelne kwesty i jest otwarta na każdego potrzebującego w okolicy. Ma więcej planów, niż młode osoby. Właśnie przed chwilą umówiła się z nami na rewizytę w Toruniu. Na obiad ugotowała afrykańskie curry i upiekła ciasto. Na deser dzieci dostały świeżo usmażone naleśniki z czekoladą. Gdy zobaczyliśmy przygotowany dla nas ekwipunek do autokaru musieliśmy zaprotestować. Na nic się jednak zdało tłumaczenie, że nie damy rady się zapakować. Pani Donia twierdziła, że 3 reklamówki, to wcale nie jest za dużo. Musieliśmy po cichu odkładać poszczególne elementy, ale Donia czujnie kontrolowała kuchnię i co chwila donosiła z powrotem nasze wyposażenie.

Nadchodzi pomoc…

“Tato, pani Donia przyniosła nam właśnie pół chleba” – powiedział mi po cichu Wojtek. Nie wiedziałem, co robić. Nie chciałem podróżować z torbami jedzenia i nie mogłem zrobić przykrości, starszej kobiecie, która od rana była dla nas w kuchni. Włożyła wiele serca i sił w przygotowanie nas do podróży. Byliśmy jej bardzo wdzięczni za to. Pojawiła się szansa na pomoc, gdy przyjechała Hania, żeby odwieźć nas na dworzec. ‘Tak, macie rację trochę jest tego dużo. Hmm, sama nie wiem, gdzie włożycie tych kilka drobnostek do przekąszenia, które wam kupiłam. Może zabierzecie jeszcze tę małą torebeczkę?” – usłyszeliśmy, czyli nici z pomocy. Hania gra po stronie Doni. Nie było rady. Musieliśmy dalej z Lizką po cichu odkładać i żegnać się z przesympatycznymi ludźmi. Pretoria dla nas jest kąmpletnie “nieafrykańska”. Dzięki Gosi i Wieśkowi Budzyńskim oraz rodzinie pani Doni zapamiętamy ją, jako zupełnie polskie miasto.

Czarny autobus z 4 białymi twarzami

Przebudzenie nastąpiło bardzo szybko. W najtańszym autobusie do Zimbabwe byliśmy jedynymi białymi pasażerami. “Co ty kupiłeś? Czyś ty zwariował? Eagelline nie jeździ się w dalekie trasy a najlepiej wogóle!” – krzyknęła Hania na dworcu – “Będziecie jechać z kurami i prosiakami”. Faktycznie luksusem nie pachniało. Autobus miał 3 rzędy siedzeń z lewej i 2 z prawej a lata młodości pozostawił daleko za sobą. Miłą niespodzianką była nieduża ilość pasażerów, która pozwoliła wyciągnąć się każdemu na 3 fotelach a bardzo niemiłą obecność współpodróżujących z nami karaluchów. Asystent kierowcy wyjaśnił przez mikrofon, że 20 minutowe opóźnienie z wyjazdem jest spowodowane potrzebą NASZEGO relaksu przed podróżą a następnie zaproponował wspólną modlitwę. Autubus ruszył mniej więcej 45 minut po ustalonym czasie a my zostawiając za plecami Pretorię, znów byliśmy zdani na siebie samych.

Pierwszy czarnoskóry gospodarz z internetu

W Bulawayo, poprzez serwis Couchsurfing, mieliśmy zaproszenie do Reginaldo, który oferował bezpieczny dom i chęć poznania Europejczyków. W planach powinniśmy tam dotrzeć na 6 rano. To były plany, bo o 6 rano siedzieliśmy w najlepsze na granicy. Zapoznawaliśmy się z afrykańskimi sposobami na przekraczanie granic. 5 godzin spędziliśmy na kupowaniu wiz, podbijaniu paszportów, wypróżnianiu do ostatniej rzeczy naszych plecaków (bezpośrednio na chodniku). Były jeszcze wspólne śpiewy i dodatkowe kontrole paszportów przy wyjściu i wejściu do autobusu.

Wreszcie, pobijając nasz rekord spędzonego czasu w autobusie, dotarliśmy po 20 godzinach jazdy do Bulawayo. Reginaldo dotrzymał słowa i odebrał nas z dworca. Dworzec to wielkie słowo, bo w cetrum 800 tysięcznego miasta wysiedliśmy na szutrowej ulicy, przy kilkunastu budach z metalu.

Afryka dzika…

Widać potężną różnicę pomiędzy RPA a Zimbabwe. W Polsce Afryka kojarzyła mi się jako jednolity kontynent z pustynią, po której biegają czarnoskóre golasy i lwy na wolności. Tyczasem każde państwo jest inne. Zimbabwe, przy bogatym sąsiedzie wygląda bardzo smutno. Zaniedbane ulice, niedziałające światła komunikacyjne, bród wkoło zastanawiają, jak to wszystko funkcjonuje. Pozostawione przez Anglików piękne budynki niszczeją a odzyskana 35 lat temu niepodległość sprawia wrażenie, jakby ciążyła mieszkańcom tego miasta. Byliśmy na pięknym stadionie do krykieta, na którym trybuny po prostu zawalały się. Reginaldo zaprowadził nas do najlepszej galerii hadlowej w mieście, która wyglądała jak budy na stadionie dziesięciolecia w Warszawie. W Afryce obserwujemy ogólne przyzwolenie na bylejakość. Byle pomalować, byle zbudować, aby byle stało, byle skończyć robotę i wreszcie pójść do domu. Nawet obietnice premii za terminowo wykonaną robotę tu nie działają. Nikomu się nie spieszy. Każda praca jest odwalona i kilka razy przedłużana.

Koncert i gastronomiczny testing

W Bulawayo zaplanowaliśmy tylko 1 dniowy pobyt, jako odpoczynek na drodze do Victoria Falls- największych wodospadów w Afryce i najwyższych na świecie. Reginaldo okazał się fajnym gospodarzem. Zorganizował dla nas mini koncert na lokalnym instrumencie i próbowanie afrykańskich dań. Jego kolega zagrał nam na czimbala a później zjedliśmy sadzę, czyli białą papkę z kukurydzy. Spróbowaliśmy też sorghum, czyli brązowawej papki, zrobionej z sorgo. Sorgo to nie znany jeszcze w Polsce gatunek tropikalnego zboża. Obydwie potrawy sporzywa się w mięsnych sosach z wołowiną lub kurczakiem oraz ciepłymi warzywami. My spróbowaliśmy z rybami, bo w Afryce postanowiliśmy wszyscy odpocząć od mięs.

Ręcami jemy, ręcami!

“Te sztućce służą TYLKO do nakładania z półmisków. Spożywamy potrawy rękoma” – wyjaśniła nam kelnerka, gdy Wojtek zwrócił uwagę na zbyt małą ilość plastikowych widelców. Potem obmyła nam ręce a Reginaldo pokazał, jak jeść. Najpierw robi się kulkę z papki a potem obtacza się ją w sosie. Następnie, nabierając jednocześnie kawałek mięsa i warzyw, wkłada się kęs do ust. Po posiłku pani kelnerka znów obmyła wszystkim ręce. Widzieliśmy wkoło gości w garniturach z krawatami, którzy toczyli sobie elegandzko łapkami kuleczki i jedli. Po prostu “african style”.

“O której godzinie odjeżdżamy?” - zapytałem w autobusie.

“Dosłownie za chwilkę, może 5 minut i jedziemy.” – odpowiedział kierowca.

Ta “chwila” trwała 1,5 godziny. Siedzieliśmy tak sobie w autobusie i czekaliśmy, jak się zapełni. Tu nie ma godzin odjazdu. W Afryce odjazd jest wtedy, gdy przyjdzie odpowiednia ilość pasażerów. Przez cały czas takiego oczekiwania jest włączony silnik, jakbyśmy mieli ruszyć faktycznie za 5 minut.

Reginaldo odwiózł nas do dobrej i sprawdzonej firmy, która miała nas zawieźć do Victoria Falls. Dobra i sprawdzona firma oszukała nas tylko troszczeczkę, bo po odjeździe Reginalda, podniosła cenę biletów jedynie o połowę. Cóż było robić. Ruszyliśmy w naszą dalszą podróż po Afryce.

Pożegnanie z RPA

Tak na prawdę, to nie wiadomo jakie to państwo. Niby afrykańskie, ale ludy zamieszkujace te tereny zostały całkowiecie wybite przez obecnych Afrykańczyków. Ci osiedlili się tu później, niż Burowie. Niektórzy historycy stawiają tezę, że to właśnie białoskórzy potomkowie holenderskich imigranów mają większe prawo do tej ziemi. Nie jest to na rękę obecnym politykom w rządzie. Wbrew idei Nelsona Mandeli o wspólnym tęczowym rządzie, starają się na każdym kroku relegować białych. Czarnoskórzy obywatele mają pierwszeństwo na uniwersytetach i w zakładach pracy. Coraz częściej słyszy się, że obecnie panuje odwrotny apartheid. Tym razem skierowany przeciw białoskórym mieszkańcom. Czuć napięcie i zły stosunek do każdego białego. Na ulicach mówi się o planach wyłączenia prądu na 2 tygodnie i ostatecznej rozprawie z białymi. Burowie z kolei przygotowują podobno arsenały broni i szkolą się do obrony. Aż strach to słuchać. Wyjeżdżamy z Pretorii z nadzieją, że nie dojdzie tu do kolejnego rozlewu krwi.

TOP

Pierwsze miasto w Zimbabwe i pierwszy nasz czarnoskóry gospodarz.

Reginaldo z Bulawayo