Dobrze, że mieliśmy nasze śpiwory na wierzchu. Pożądny sprzęt, który ma chronić do minus 10 stopni, dał spokojnie radę w plus 14. Wyspaliśmy się elegandzko na dworcowej posadzce i o 7 rano zadzwoniliśmy do Hugo, naszego hosta z couchsurfingu. A tu czekał nas kolejny zgrzyt. Nie dogadaliśmy nazwy dworca, na którym miał nas odebrać i chłop czekał na dworcu NORD a my na dworcu SUR. Cóż, złapaliśmy trolejbusa i ruszyliśmy na godzinną przejażdżkę po Quito.
Luśka coraz bardziej płakała z bólu kolana, na którym czyrak rozrastał się z prędkością ponad dźwiękową. Po pierwszych uściskach z Hugo pojechaliśmy do lekarza. Antybiotyk, maść i powinno być po kłopocie. Zobaczymy.
Jak ktoś jest w Quito, to musi zobaczyć MITAD DEL MUNDO- środek świata. Choć linia równika, dzieląc Kulę Ziemską na dwie części, przebiega przez cały świat, przecinając z 15 państw, ma długość 40.076 kilometrów to tylko w Quito postanowiono pomnik. I to nie byle jaki. Oglądając okolice środka Ziemi i ciesząc się południowym słońcem spędziliśmy tam z 3 godziny. Potem poszliśmy do oddalonego o 400 metrów od oficjalnego pomnika, “prawdziwego” według wskazań gps (nasz gps też właśnie tu pokazał środek Ziemi) równika.
Dzieciaki przeżyły super czas. Stęsknione szkoły, wreszcie mogły poczuć się jak na lekcji. Ciąg różnych doświadczeń miała nam udowodnić, że środek Ziemi jest właśnie tutaj. Ustawiliśmy surowe jajko na główce od gwoździa, bo siły dwóch półkul na równiku odpychają się się od siebie, przez co w paśmie 11 kilometrów jest mniejsze przyciąganie. My ważymy tu około 1 kilograma mniej. Niesamowite było doświadczenie z wodą. na linii równika woda z wanienki spływała do wiadra ni powodując żadnego wiru. Zaledwie metr dalej pokazała się wir, który obracał listkami w prawo a na przeciwległej półkuli wir kręcił nimi w odwrotnym kierunku. Uwaga, doświadczenia tego nie można powtarzać w toalecie, bo to są sztuczne systemy. Wyjdźcie na zewnątrz i przelejcie wodę z płaskiej wanienki do wiadra. W Polsce wir będzie się kręcił w lewo. Cień człowiek na równiku jest bardzo długi i cieńki a dwa razy w roku, nie ma go zupełnie. Ustawiony na równiku zegar słoneczny jest oświetlony przez 6 miesięcy z jednej z strony, z drugiej strony pozostając w cieniu przez cały ten czas. Pokazuje idealną długość dnia, która jest krótsza od naszej “zegarkowej” doby o ok. 4 minuty. To dlatego, co cztery lata trzeba dołożyć jeden dzień w lutym. Na koniec przeszliśmy się z zamkniętymi oczami po linii równika, co było niezmiernie trudnym zadaniem, ze względu na oddziałujące na nas siły.
Poznając historię miejscowych Indian przed Inkaskich odbyliśmy krótki kurs oprawy czaszek. Indianie mieli zwyczaj robienia sobie gadżetów z odciętych głów swoich nie przyjaciół. Do dziś nie odkryto receptury, ale w skutek działania jakiegoś zioła, oddzielona od kości skóra całej głowy (z włosami!) zmniejszała się do wielkości zaciśniętej pięści. Kupiłem do mojej kolekcji jedną z czaszek. Zostaliśmy też zaznajomieni z ich sposobem zabezpieczania się przed nieciekawą rybą, którą przyciąga zapach uryny. Ryba wyłapuje sikającego w rzece delikwenta i wchodzi do jego narządów płciowych. Woli mężczyzn od kobiet, bo wydzielają mocniejszą woń. Muszą więc nosić cały czas podwiązane sznurkiem instrumenty...
Dotarliśmy do stolicy Ekwadoru o 2 godziny wcześniej, niż poinformowano nas na dworcu w Ipiales. Wszystko było by fajnie, gdyby nie fakt, że zamiast o 6 wysiedliśmy w lodowatym Quito o 4 rano!! Szok był podwójny. Po upalnym wybrzeżu Pacyfiku znaleźlismy się na wysokości 2.483 metrów nad poziomem morza, które właśnie opuścilismy. Dodatkowo znaleźliśmy się tam w krótkich spodenkach, niewyspani, w 14 stopniach Celsjusza. Wokół nas chodzili ludzie w czapkach, rękawiczkach i szalikach. Nie wspomnę o zimowych kurtkach i butach. Z okna dworca widzieliśmy zaśnieżone szczyty górskie i zastanawialiśmy się, czy my nie dojechaliśmy tym autobusem na narty w Alpy i zaraz nie wyskoczy Romek, kierownik naszych narciarskich wycieczek…
Te wszystkie doświadczenia zadziałały na nas nas tak magicznie, że postanowiliśmy …. zjeść żywe robaki. Polecano nam je, ze względów zdrowotnych. Idealne na choresterol, żołądek, nerki i układ nerwowy. I jak tu nie spróbować… Mały Wojtek zaczął. Muszę przyznać, że mi zaimponował, kolejny raz w tej podróży. Prowadzi wykłady dla dzieci, dorosłych oraz studentów, jakby rozmawiał po polsku z kolegami. Tłumaczy z angielskiego na hiszpański. Na ulicy radzi sobie, jakby uczył się tego języka pod paru lat. Tym razem, postanowił, że zje robaka z tatą i zjadł. Jak prawdziwy facet a nie 12 letni chłopiec.
W Quito trafiliśmy na obchody jakiegoś święta, więc centrum było totalnie zakorkowane. Zwiedziliśmy główne place, katedrę i cieszyliśmy się spokojem. Po 10 milionowej Bogocie, nieduże Quito (3 mln mieszkańców) uspakajało nas.
Mieszkaliśmy przez 2 dni u Hugo, 40 letniego maklera. Bardzo opiekuńczy i otwarty na świat człowiek z pasją do podróży. Na wstępie znajomości wręczył nam klucze od domu i telefon. “Macie czuć się tu, u mnie bezpiecznie. Jakby co, to szybko dzwońcie”- powiedział. Pomógł nam dostać się do Mitad del Mundo i poprosił kolegę, żeby spędził z nami dzień. Pomimo, że sam nie podróżuje dokładnie, wie jak ugościć podróżników ☺
Niestety Hugo nie miał jeszcze odwagi na długą wyprawę, ale powoli dojrzewa do tej decyzji. Częste kontakty z couchsurferami dają mu namiastkę podróży i z pewnością przybliżają do wyjazdu. Hugo ma dwójkę dzieci, ale z nimi nie mieszka. Pierwszego dnia przywózł syna i córkę do nas, żebyśmy mogli się z nimi poznać.
Liza współpracuje z TZMO i dla marki “Bella” przeprowadza wywiady, z spotkanymi w podróży, kobietami. Luśka patrząc na wywiady mamy postanowiła, że będzie dziennikarką. Pierwszą osobą, którą wybrała był Hugo. Luśka sama przygotowała sobie pytanie po hiszpańsku, bo Hugo nie zna angielskiego. Odpowiedź na jedno z pytań była bardzo smutna. “ O czym marzysz?”. “Mam taką myśl, że jeszcze kiedyś moja żona do mnie wróci i będziemy życ razem z dziećmi, jak wy….”