Zakochaliśmy się w tym miejscu natychmiast. Malutka, spokojna i klimatyczna miejscowość. Z każdej strony otoczona górami, wodospadami i przepięknymi widokami była wspaniałym wytchnieniem po dużym Quito. Banos leży na wysokości 1.800 metrów nad p.m.m. na granicy lasów chmurowych. Do wysokości 3.500 metrów rozciągają się tu białe obłoki, które często przykrywają całą widoczność. Chmury cały czas się przesuwają odsłaniając coraz to inne fragmenty widnokręgu.
Spacerując po przyjeździe po wąskich uliczkach Banos zobaczyłęm zjawę. To było coś ogromnego i wyglądającego jak ….. wulkan. To był Tungurahua, najaktywniejszy wulkan Ekwadoru. Wreszcie zobacze lawę, pomyślałem a na głos krzyknąłem: “Idę na wulkan!”
Przez 25 minut byłem członkiem ekipy na najwyższy szczyt Ekwadoru… W jednym z biur podróży, gdzie chciałem wynająć buty z kolcami i przewodnika zaproponowali, żebym dołączył do ekipy jadącej tego samego dnia na najwyższy szczyt Ekwadoru, Chimborazo 6.310 m.n.p.m. Szef ekipy nie zdecydował się jednak mnie zabrać i zostałem z moim Tungurahua. Żadnego sprzętu ani przewodnika też nie załatwiłem, bo z powodu aktywności wulkanu był ogłoszony zakaz wspinaczki. Cóż, musiałem iść sam.
Rano pożegnałem na 2 dni rodzinę i podjąłem wyzwanie. Moim celem byo zdobycie kolejnego wulkanu i pobicie swojej granicy 3 tysięcy metrów. Początek był straszny, bo lał deszcz jak z cebra. Opatulony reklamowkami wyruszyłem z Banos. Ludzie patrzyli na mnie, jak na wariata. “Wysokość 5.016 m. n.p.m. i zaśnieżony wierzchołek skutecznie odstraszają śmiałków” pomyślałem, bo na szlaku nikogo nie spotkałem. Na początku szlaku przywitała mnie wiadomość: “zakaz wspinania się na Tungurahua” Uśmiechając się pod nosem rozpocząłem podejście.
W 8 godzin wspiąłem się z 1.800 na 3.800 metrów, gdzie stała chatka “rifugio” na odpoczynek. Rozpaliłem ognisko i wysuszyłem kurtkę. Nie udało się z butami, bo lała się z nich woda. “Jutro trzeba będzie maszerować z reklamowką” pomyślałem i poszedłem spać.
Budzik zadzwonił o 5,30 a godzine później byłem już na szlaku. Musiałem się spieszyć, bo o g. 19.00 mieliśmy zarezerwowany autobus do Ambato a potem do Cuenca.
Góra stawała się coraz bardziej nieprzyjazna. Patrzyłem na wysokościomierz mojego garmina a ten jakby stanął w miejscu. 4.457, 4.458 metrów. Robiłem 3 kroki na stromej ścianie i musiałem odpoczywać. Nie mogłem dalej wspinać się po oblodzonej i prawie pionowej ścianie. Przegrałem z wulkanem Tungurahua. Bez specjalistycznego sprzętu zjechałem przed szczytem 20 metrów i zaczęło się robić niebezpiecznie. Doszedłem do 4.560 metra i zabrakło mi 459 metrów do szczytu. Pobiłem tylko mój rekord o ponad 1.500 metrów.
Zszedłem z wulkanu na godzinę przed odjazdem autokaru. Dzieciaki przeraziły się, gdy zobaczyły moje podarte spodnie i zabłocone ubranie.
W drodze do Cuenca mieliśmy jeszcze jedną niepodziankę. W Ambato okazało się, że nie ma już miejsc do Cuenca i musimy poczekać na kolejny autobus, który odjeżdża o 6 rano. Rozłożyliśmy więc plecaki na dworcu, spieliśmy je kłódkami i poszliśmy spać. Mi się śnił wulkan. Ciekawe, jak wygląda taki ośnieżony szczyt. Muszę kiedyś to zobaczyć.