Byliśmy gośćmi wakacyjnej szkółki biblijnej. Spotkaliśmy się z dziećmi z miasteczka San Ignacio. Nasze dzieciaki chętnie się z nimi pobawiły. To nie była prezentacja, jak w Gwatemali, bo dzieci mają tu zimowe wakacje. Tak, tak, naprawdę: zimowe. Trudno i nam w to uwierzyć, bo prażymy się w 40 stopniowym upale i tylko w trakcie króciutkich deszczy można lepiej poddychać.
Głównym punktem dzisiejszego programu, obok spotkania z dziećmi, był Park Narodowy Blue Hole. Dzieci pierwszy raz w życiu wspinały się w jaskini i kąpały w podziemnym jeziorze.
Po godzinnej wspinaczcie przez dżunglę, znaleźliśmy naszą nagrodę: blue hole. Szmaragdowe jeziorko z zimną wodą, która w dzisiejszym upale była super.Wracając przyglądaliśmy się mormonitom. To grupy religinej, żyjące według bardzo surowych zasad. Nie używają elektryczności, a więc nie mają telefonów, telewizora ani komputera. Chodzą w długich koszulach i spodniach z szelkami. Kobiety noszą czepki na głowie. Wyglądają, jakby wracali z planu filmowego jakiegoś westernu.
Poruszają się na wozach zaprzężonych w konie. Tylko dalekie podróże wykonują autobusami. Niestety nie akceptują zdjęć. Uważają, że po śmierci nic nie powinno po nich zostać na ziemi. Nie mają nawet swoich grobów.
Ich bóg o imieniu Elohim, mieszka na domniemanej gwieździe Kolob. Według nauki mormonów, niezliczona liczba żon Elohima, bez przerwy rodzi mu dzieci, które powstałe z boga i matek mających postać ludzką są istotami duchowymi.
My na Kolob się nie wybieramy, za to plan na jutro to: stolica Belize City.