“Tato, to ile my już tak podróżujemy?” – zapytała przy śniadaniu Luśka. Zamiast wczoraj spać, słuchała chyba naszych statystyk. “Ile??? Naprawdę, 25 dni spędziłam w autobusie? Hmm, to bardzo dużo” - podsumowała i zabrała się za kolejną kromkę z marmoladą z pomarańczy. Ja też sądzę, że musimy podróżować już długo, bo moja, niegolona od pierwszego dnia wyprawy broda, ma już 6 centymetrów.
Tato, zakładając, że autobusy jeździły średnio 50 kilometrów na godzinę, przejechaliśmy w nich 4,5 tysiąca kilometrów. Łoooł, to naprawdę dużo“ – docierała powoli informacja do małego Wojtka, jakim stał się podróżnikiem. Jeszcze większe wrażenie robi całkowita liczba przebytych kilometrów. Uzbierało się ich przez 200 dni więcej, niż długość równika, bo 40.726 kilometrów. Większość przejechaliśmy na kołach, ale wsiadaliśmy też 5 razy na promy, statki i łódki, w których spędziliśmy 62 godziny. W ramach tej równikowej odległości, lecieliśmy 7 razy samolotami, oglądając Ziemię z góry przez 26 godzin.
Na Lizce zrobiła wrażenie liczba spędzonych w namiocie nocy. Ta, która (delikatnie to ujmując) jest rodzinną oponentką, do wszystkiego, co jest zbyt mało komfortowe, przespała w namiotach 18 nocy. Kilka z nich było na plaży na Kubie. Inne przy lodowcach, wulkanach albo w górach, dżunglii i nad jeziorami. Żadna na campingu…
Najwięcej noclegów mieliśmy jednak u rodzin. To jest wielkie osiągnięcie tej wyprawy. Gościliśmy u dziesiątek osób, poznając, jak żyją. Kiedy wstają do pracy, jak spędzają w różnych krajach czas wolny i co jedzą na śniadania. Wiemy, czym się interesują i jak wyglądają ich mieszkania. 105 razy byliśmy gośćmi poznanych ludzi a nie liczymy tu, zaproszeń bez noclegów, czyli na kolacje, obiady i śniadania. Ojoj pamiętam te śniadanka u Marii Kralewskiej w Limie a w brzuchu mam jeszcze wczorajsze asado z restauracji z panią Marią z Buenos Aires
Spotkaliśmy się z 3 Ambasadorami, jednym Ministrem Turystyki i kilkoma burmistrzami miast. 16 nocy zapewniły nam polskie placówki dyplomatyczne i Ministerstwa odwiedzanych państw. 36 razy spaliśmy w kościołach, z których najczęściej to byli Salezjanie. Wojtek, uczeń Salezjańskiej Szkoły Podstawowej w Toruniu, wiele razy “załatwiał” u nich zaproszenia dla całej rodziny.
Dzieci nie chodziły do polskiej szkoły przez te 200 dni, ale wizytowały w 34 szkołach w 15 państwach. W każdym odwiedzonym państwie zorganizowaliśmy prezentacje o Toruniu, Polsce i naszej rodzinnej wyprawie. Rekordzistą jest Kolumbia, w której mieliśmy aż 7 wykładów a najliczniejszą frekwencję mieliśmy w Ekwadorze, gdzie mały Wojtek rozśmieszał na auli 500 uczniów. Odwiedziliśmy też malutką szkołę w Chile, gdzie uczy się tylko 40 dzieci. Opowiadaliśmy im, że marzenia się spełniają, jeśli one tego same zechcą. Spotykaliśmy się z dziećmi najczęściej w szkołach podstawowych, ale mieliśmy nasze wykłady również na uniwersytetach. Byliśmy w szkołach tylko dla dziewcząt i salezjańskich oratoriach dla chłopców. W kilku z nich Wojtek wstawał o 5 rano i przygotowywał śniadanie a wieczorem pomagał przy odrabianiu lekcji. Wszystkie te spotkania opisaliśmy w zakładce: Szkoły świata.
Minęło 200 dni a każdy czymś nas zaskakiwał. Przeżyliśmy wiele gastronomicznych niespodzianek. Zjedliśmy z Wojtkiem świnkę morską i kotleta z alpaki, lamy oraz grilowane wieprzowe jelita. Wiemy, jak smakuje żywy robak z dżunglii i świeżo złowiona małża na surowo. Wiemy też, jak smakuje oryginalne argentyńskie “asado” z wołowiny, wypasanej na największych pastwiskach świata. Wypiliśmy owocowy koktail z piwem i 2 żabami oraz otrzymaną od winnicy “Miguel Torres”, butelkę wina za 400 złotych. Spróbowaliśmy setki nowych dań, poznając nowe smaki i zapachy a większość tych, które nas najbardziej zaskoczyły, opisaliśmy w blogu, w zakładce “Gastronomiczne ciekawostki świata”.
Widzieliśmy rodzinę strusi i wielorybów. Dzieci biegały w Andach za lamami, alpakami i mikuniami oraz nurkowały z rekinami, manatami i zółwicami w Meksyku. Jedną z nich nawet uratowaliśmy, gdy po urodzeniu jaj, zaklinowała się na plaży! Widzieliśmy foki, kondory, skunksy, pingwiny i lwy morskie.
W Gwatemali spaliśmy razem w namiocie, na szczycie 3 tysięcznego wulkanu San Pedro. Wdrapaliśmy się tam w czwórkę. Innym razem zostawiliśmy dzieci u zaprzyjaźnionej rodziny i weszliśmy z Lizą na wulkan Pacaya. W Peru tata Wojtek zdobył swój pierwszy w życiu 6 tysięcznik i zaraz potem z małym Wojtkiem, kolejny w Boliwii. Teraz rekord rodziny Łopacińskich wynosi 6.088 metrów nad poziomem morza.
Przede wszystkim byliśmy przez 200 dni razem. Wspólnie przeżyliśmy te przygody. To z nami dzieci zobaczyły pierwszy raz w życiu wulkan, wieloryba, lodowiec i lwa morskiego. Zobaczyły też, że będąc otwartym na drugiego człowieka i mając odwagę poprosić obcą osobę o pomoc, można wiele uzyskać. Miały okazję nauczyć się tej otwartości.
Czy zrozumialy? Nie wiem, ale czasami, jadąc przez piękne góry lub płynąc przez patagońskie fiordy musiałem wyłączać oglądaną w komputerze dziesiąty raz bajkę. Nie wszystko muszą od razu pojąć. Mają swój czas. Są jeszcze małymi dziećmi. Na pewno, gdzieś w ich mózgach, uczuciach i charakterach zostaną przeżyte zdarzenia. Wyzwania, które z pozoru beznadziejne, rozwiązywały się w sekundę, jak np. brak noclegu w centrum 12 milionowej Bogoty, który nie rozwiązany przez 6 godzin, nagle rozwiązał się sam ( i to 2 razy! ). Autostop w dwóch kolejnych dniach, z tymi samymi kierowcami, na najrzadziej uczęszczanej drodze świata, Carretera Austral.
Mieliśmy też swoje “poważne” problemy. Raz byliśmy w szpitalu z małym Wojtkiem, który na plaży w Kostaryce zdarł sobie połowę skóry z palca u nogi. Duży Wojtek miał założone w Gwatemali 3 szwy, po upadku na lawę wulkanu Pacaya a do Luśki przyjechało raz pogotowie w Argentynie. Dziewczyny miały też przygody z czyrakami, które wracały do nich kilka razy a Lizce wyrósł jeden (jakże bezczelny!) na najdelikatniejszej części ciała.
Co nas zasmuciło? Straty naszego wyposażenia. Gdzieś podzialiśmy 3 karimaty, 1 śpiwór, z 6 bluz polarowych i 1 laptop. Dzięki znajomym, wszystko zostało uzupełnione. O wiele więcej smutku sprawił nam widok ludzi bezdomnych w każdym odwiedzanym kraju. Dzieci, mieszkających w salezjańskich oratoriach, bez rodziców. Poruszyła nas historia chłopca, który od 2 lat nie widział, mieszkającyh 200 kilometrów od ośrodka rodziców. Łzy nam napływały do oczu, gdy oglądaliśmy pracujące na ulicach dzieci. Niestety takie obrazki towarzyszyły nam w każdym kraju Ameryki. Najwięcej jednak smutku przeżyliśmy patrząc w oczy kubańczykom. W ich oczach nie było nawet najmniejszego ziarna nadziei.
Każdy z nas przeżył swoje własne momenty kryzysu. Luśka kilkanaście razy płakała za babciami i ze dwa, za koleżankami. Tata kilkadziesiąt razy przeklinał niesforność dzieci i kilkaset razy wołał je do nauki a mama przed każdą nocą w namiocie, informowała wszystkich, że to będzie jej ostatnia.
Wiele przygód przeżyliśmy pierwszy raz w życiu. W Valparaiso, najpiękniejszej (według taty) miejscowości tej podróży karmiliśmy w nocy bezdomnych na ulicach. W Puno tańczyliśmy 1 listopada na cmentarzu z peruwiańską rodziną a w La Paz, uczestniczyliśmy w święcie czaszki, podczas którego ludzie przynoszą na cmentarz szczątki swoich bliskich. W Panamie przeżyliśmy atak termitów, które obsiadły nasze plecaki a w Nasca dotykaliśmy mumii na pustyni i lataliśmy nad tajemniczymi liniami płaskowyżu. Zjechaliśmy rowerem “Carretera de la muerte”, - najniebezpieczniejszą drogą świata. W Nikaragui odbyliśmy lekcje surfowania a w Hondurasie pojechaliśmy do najniebezpieczniejszego miasta świata: San Pedro Sula.
Co nas zaskoczyło najbardziej? Bezpieczeństwo Ameryki. Podróżowaliśmy przez 200 dni najtańszymi środkami transportu: lokalnymi autobusami, rikszami i tanimi liniami autokarowymi. Omijaliśmy z daleka drogich przewoźników. Nawet w Peru i Boliwii kupowaliśmy najtańsze bilety na najstarsze autobusy, pomimo, że podobno raz w tygodniu jeden z nich wpada w przepaść. Nasze nie spadły i za każdym razem dojeżdżaliśmy do celu.
Nikt nas nie zaczepiał i nie atakował oraz nie spotkaliśmy się z żadną niebezpieczną sytuacją. Na każdym kroku za to, odczuwaliśmy ludzką sympatię. W chilijskim Coyhaique, gdy zapytaliśmy o miejsce na namiot, nieznajomi ludzie zabrali nas do domu na noc a w Bogocie, zaproszono nas w autobusie na obiad. Łowiliśmy małże z rybakami na plaży w La Serena w Chile i wydobywaliśmy sól z peruwiańską rodziną Marcos, w Salar de Maras. W Argentynie, gdy poprosiliśmy o zgodę na rozbicie namiotu przed ogrodem, zjedliśmy najlepszą na świecie baraninę u Vaniny i Roberto, którzy mają 8 tysięcy owiec.
Mamy teraz znajomych, przyjaciół, kontakty i zaproszenia do powrotu w każdym odwiedzonym państwie. Gdybyśmy chcieli wrócić tą samą drogą, to pewnie potrzebowalibyśmy dwa razy więcej czasu…
W ciągu tych 200 dni chodziliśmy na środku Ziemi w Ekwadorze i dotarliśmy do “końca świata” w argentyńskiej Ushuai. Popłynęliśmy nawet dalej, bo do Puerto Williams w Chile, które jest znane, jako, “dalsze miasto, od końca świata”.
W Argentynie weszliśmy na największy w Ameryce lądolód, z którego spływa 50 lodowców. Na jednym z nich, Perito Moreno, obserwowaliśmy, jak kruszą się i wpadają z hukiem do wody, potężne skały lodu. Wykąpaliśmy się w 2 wielkich oceanach a w malutkich boliwijskich gejzerach, pływaliśmy w temperaturze 2 stopni.
Widzieliśmy 2 cuda świata: Chichén Itzá w Meksyku i Macchu Pichu w Peru.. Trafiliśmy na obchody 100 lecia kanału Panamskiego i przygotowania do 200 lecia urodzin Jana Bosco. Będąc w gwatemalskim Tikal, salvadorskim Joya de Ceren i Copan w Hondurasie zwiedziliśmy najważniejsze zabytki kultury Majów i Inków. Bardzo dokładnie poznaliśmy najdłuższe pasmo górskie świata, Cordylierę Andyjską, jadąc wzdłuż całej jej 7,5 tysięcznej długości. Przejechaliśmy największą solniczkę świata, Salar du Uyuni w Boliwii i przepłynęliśmy najwyżej położone jezioro żeglowne świata, Tikicaca w Peru i Boliwii. Spotkaliśmy się z ostatnim królem Indian w Panamie i spaliśmy u Indian Uros, na pływającej wiosce z trzciny.
Byliśmy w chilijskim Puerto Williams, najdalej wysuniętym na południe mieście świata. Na sławną Ushuaia, patrzyliśmy od południa, będąc tylko 960 kolometrów od Antarktyki. Czujemy się trochę zmęczeni i coraz częsciej przystajemy u goszczących nas ludzi. Czasami przez jeden albo dwa dni nie robimy nic. Dzieci nie chcą wtedy nic zwiedzać, tylko bawić się. Luśka, nie mając zabawek, buduje z kartonu kolejny dom dla lalek (zwanych podobno petshopami) a Wojtek, struga swoim urodzinowym nożem, trzysetny patyk. Nie poddajemy się jednak i jedziemy dalej. Przed nami Afryka i Azja. A może skoczymy też do Australii…