Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat







© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 17.08.2014 - 27.08.2014 Kostaryka / Golfito nad Pacyfikiem i szpital Wojtka

Kłopoty prędzej czy później musiały przyjść. Kostaryka zaczęła się od samego początku źle. Drogie ceny, czasami wyższe niż w Polsce nastawiły mnie w pierwszym dniu z rezerwą do tego kraju. Sytuację pogorszył totalny brak zaproszeń na couchsurfingu. Nie mieliśmy gdzie spać a w podróży z dziećmi, to nieciekawa sytaucja…

Następnie zgubiliśmy karimatę a kiedy o tym rozprawialiśmy, pozbyliśmy się w autobusie następnej. Teraz mamy 2 na 4 osoby. Cholerka, trochę mało. Śpiąc niedawno w namiocie, doświadczyliśmy tego na właśnych tyłkach. Dobrze, że to była plaza nad Pacyfikiem i jakoś przebąkaliśmy z Lizką tę noc. Jedno jest pewne: musimy kupić karimaty.

Potem był wulkan Arenal, który zamiast lawy, pokazał nam wychodzące z krateru chmury, jakby (za przeproszeniem) bąka puścił na nasze “lawowe” plany. Potem ktoś mi buchnął okulary słoneczne, które z takim namaszczeniem wybierałem u kolegi Kotelaka z Torunia. Miesiąc organizował mi najlepsze szkła przeciwsłoneczne, żeby jakiś Kostarykanin mógł w nich sobie teraz szpanować na dyskotece.

Sprawę poprawił Julio z rodziną w San Jose u którego czuliśmy się przez 3 dni, jak u siebie w domu. I gdy pomyślałem, że będzie już tylko dobrze, pojechaliśmy nad Pacyfik, do Golfito. Pierwszy raz zaliczyliśmy wpadkę z couchsurfingiem.

Przyjął nas Carlos. Gość mieszkał w wynajmowanej ruderze z 3 sikającymi wszędzie psami. Słowo “wszędzie” chyba nie oddaje pełnej sytuacji, bo obsikany był po prostu cały dom! Zostaliśmy tylko dlatego, że była już 22 godzina i lał potężny deszcz. Przespaliśmy się na tarasie i rano uciekliśmy byle dalej od psiego wc. Carlos był fajnym, miłym świrusem, który polecił nam znajomego taksówkarza. Pisał, że mieszka daleko od autobusu i za 2.500 colones dowiezie nas na miejsce. Wiózł nas całe 3 minuty a następnego dnia okazało się, że ten kurs powinien kosztować 500-800 colones.

Pojechaliśmy spać pod namiot na plażę “Playa Pavones”, która słynie z drugich co do długości fal na świecie. Przywitał nas rastaman mówiąc, że fale zaczną się za 4 dni, bo teraz księżyc jest przed pełnią. Miny nam troche zrzedły, ale dzielnie poszliśmy wypożyczyć deski.

Te małe, według rastamana, fale sięgały 2 metrów i były jak tsunami. Pierwsza walnęła mną o deskę z taka siłą, że straciłem ochotę na serfowanie przez następną godzinę. Tylko na prośbę Lusi spiąłem się w sobie i pomaszerowałem z nią na plażę. Trzymając dwie deski wszedłem z Luśką do wody i przeżyłem chwile zgrozy.

Na kamienistej plaży fale zaczeły mną i dzieckiem rzucać z siłą pociągu pospiesznego. Kamienie o których mowa, to wulkaniczne szorstkie kamulce, tnące skórę jak papier. Najpierw jedna deska wyskoczyła z wody i trzasnęła o głowę dziecka z taka siłą, że płakało z 15 minut a potem zderzyła się z drugą robiąc w niej dziurę wielkości mojej ręki. Po kilkuminutowej walce z żywiołem, dwoma latającymi deskami i rozpłąkanej Luśce wyszedłem z wody, wiedząc, że na dziś zakończyłem serfowanie. Pan z wypożyczalni skutecznie mnie wsparł w tej decyzji wyceniając straty za zniszczony serfing.

Wojtek w tym czasie był z Lizą na spacerze, więc nie przyjął moich rad i postanowił samemu przekonać się, czy pamięta coś z lekcji serfowania w Nikaragui. Miał rację w 50%. Udało mu się dwa razy stanąć nawet na desce, ale wychodząc fala rzuciła go na kamienie i kontynuował, następnego dnia, surfing na łóżku szpitalnym.

Przespaliśmy się na plaży. Brak 2 karimat wynagrodził nam piasek, do którego jednak trzeba było się dokopać, przerzucając 2 tony kamieni. Udało mi się za to nocne polowanie z aparatem na czarne kraby. Cóż, jedziemy dalej, świadomi czekających na nas trudności, ale mimo to ciekawi świata.

TOP

Kłopoty prędzej czy później musiały przyjść. Kostaryka zaczęła się od samego początku źle. Drogie ceny, czasami wyższe niż w Polsce nastawiły mnie w pierwszym dniu z rezerwą do tego kraju. Sytuację pogorszył totalny brak zaproszeń na couchsurfingu. Nie mieliśmy gdzie spać a w podróży z dziećmi, to nieciekawa sytaucja…

Następnie zgubiliśmy karimatę a kiedy o tym rozprawialiśmy, pozbyliśmy się w autobusie następnej. Teraz mamy 2 na 4 osoby. Cholerka, trochę mało. Śpiąc niedawno w namiocie, doświadczyliśmy tego na właśnych tyłkach. Dobrze, że to była plaza nad Pacyfikiem i jakoś przebąkaliśmy z Lizką tę noc. Jedno jest pewne: musimy kupić karimaty.

Golfito nad Pacyfikiem i szpital Wojtka