Rejs skończył się około godziny 24, ale miły kapitan zrobił niespodziankę turystom i ogłosił: “kto ma ochotę, to może zostać na statku do rana”. To była super wiadomość, bo znając patagońskie wiatry i “ciepłe” temperatury tutejszego lata bardzo poważnie rozważałem Lizy zaproszenie do hotelu. Byłem bliski złamania się drugi raz, po noclegu na pustyni solnej Uyuni, w Boliwii.
Jednocześnie miałem jednak nadzieję, że uda nam cię coś zorganizować i … udało się. Tak na prawdę to “samo” się zorganizowało. Po spędzeniu dwóch super wygodnych nocy wysiedliśmy ze staku na końcu świata. Dzięki Ministerstwu Turystyki Chile udało nam się otrzymać specjalne zaproszenia od firmy “Austral Broom”, które w cenie najtańszego biletu dla dzieci upoważniły nas do zajęcia miejsc z rozkładanymi, jak łóżka fotelami vip.
Zachmurzone Puerto Williams przywitało nas deszczem. Padało jednak bardzo ciekawie. 5 minut deszczu, przerwa 10 minut, słońce i znów krótki deszcz. W ciągu dnia było kilkanaście takich cykli i co najciekawsze, to codzienna pogoda tutaj.
A co tam pogoda! Pospacerujemy godzinę po malutkim miasteczku, zrobimy 5 zdjęć i §kupimy prom do Ushuaia. To tylko 45 kilometrów przez cieśnicę Beagle i jesteśmy w Argentynie – taki był plan.
Plan planem a sprawy zaczęły się jednak kąmplikować. Sztorm zablokował wczorajsze promy i wszyscy turyści zostali automatycznie przeniesieni na dzisiejszy dzień. Znaleźliśmy się więc na liście do trzeciej łodzi i zgodnie z przewidywaniami mieliśmy wypłynąć przed 19 wieczorem. “Czyli mamy poślizg i znów mało czasu na organizację noclegu w Ushauia…” pomyślałem.
Promy okazały się małymi łódkami, które zabierają od 8 do 12 osób. Godzinna przejażdżka kosztuje 140 dolarów, czyli więcej, niż zapłaciliśmy za 33 godzinny rejs ( i to na super fotelach!!!) z Punta Arenas.
Zła pogoda utrzymywała się nadal i dziś wypłynęła tylko jedna łódź. Kolejnego dnia była niedziela i łódki …. nie kursowały. No to płyniemy w poniedziałek! Ok, ale co z noclegiem. Nikogo tu nie znamy. Mieliśmy spędzić 3 godziny w Puerto Williams a zostajemy 2 dni.
Nie mając cauchsurfingu i żadnej rodziny musimy zorganizować sobie miejsce na namiot, choć nie wiem, czy Lizka na to pójdzie. Ok, zacznę od kościoła. ” – pomyślałem. “Buenos dijas, somos familia polacos” – “Dzień dobry, jesteśmy rodziną z Polski” - zaczęliśmy i …pierwszy raz zostaliśmy przyjęci inaczej, niż zwykle. Inaczej, to znaczy z wielkim sercem.
Gdy zaczęliśmy w progu przedstawiać się, ksiądz powiedział: “zaraz, zaraz, wejdźcie do środka, rozbierzcie mokre kórtki i siadajcie, przy stole”. Zrobiliśmy to i gdy zaczęliśmy mówić o podróży, on znów przerwał: “poczekajcie, zrobię ciepłą herbatę i pogadamy”.
“Oczywiście, że wam pomogę. Kilka miesięcy temu mieszkała u mnie rodzina z Francji. Mieli podobny problem.” - powiedział. Dostaliśmy ciepły pokoik na plebanii i mieszkaliśmy razem z księdzem Juan. Jedliśmy razem śniadania, obiady i kolacje, które ja gotowałem. Czasami ksiądz gdzieś znikał. A to kogoś wyspowiadał, a to odbył jakąś ważną rozmowę. Raz poprosił, żebym przyszedł na chwilę do kościoła. Chrzcił mężczyznę a ja miałem zrobić mu zdjęcia. Juan poznał nas z swoimi parafianami. Większość mieszkańców to marynarze. Dla ich dzieci zorganizowaliśmy prezentację. Kolejne dzieciaki usłyszały o naszym mieście, kraju i rodzinnej wyprawie dookoła świata z dziećmi.
Marynarka wojenna zajmuje ponad połowę Puerto Williams, które jest strategiczną bazą wojskową Chile. Mają swoją dzielnicę, szpital i sklepy, w których nie mogą kupować turyści. Żołnierze ochraniają cieśninę beagle. Poznaliśmy się bliżej z rodziną Eduarda, zastępcą komendanta całej bazy. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na drinka do niego do domu. Rano pojechał z nami do rezerwatu przyrody Omora. Rosną tam centymetrowe mini drzewa, które wystąpują tylko tutaj. Potem spotkaliśmy się, przy jego pomocy, z ostatnią Indianką Yagán, Cristinę Calderón i zobaczyliśmy indiańską wioskę Ukiki.
Jakie jest to najdalsze miasto na świecie? Tu wszystko dla mnie jest magiczne. To znaczy wygląda normalnie, ale gdy pomyślisz, że robisz, coś w miejscu, które jest wysunięte najdalej na południe, to zastanawiasz się nad tym w sercu i przestaje być “normalne”. Jedliśmy bułki w najdalszej piekarni na świecie. Spaliśmy w najdalszym na świecie kościele katolickim i widzieliśmy najdalszy dom modlitwy protestanów. Spacerowałem po najdalszym na świecie cmantarzu i widziałem najdalszą na świecie straż pożarną, stację benzynową, mini-elektownię, przetwórnię krabów i port jachtowy. Szukaliśmy nawet w nim jachtów, które zabrały by nas do Ushuaia.
Dalej nie ma już nic. 3 dni drogi, gdzieś tysiąc kilometrów na południe leży Antarktyka. W lecie jest tam minus 20 stopni a w zimie z 40 poniżej zera. Najniższą temperaturę na Ziemi zanotowano właśnie na Antarktyce: minus 93 stpnie Celsjusza. Tu, na końcu świata jest trochę lepiej, ale uwierzcie mi, niewiele lepiej... Co chwila pada i wieje masakryczny deszcz. Rozgrzewa tylko myśl, że jesteśmy na końcu świata.
Wieczorem wpadła do nas pani od łódek i poinformowała, że wypływamy do Ushuaia o 9 rano. Ha, miałem dotrzec do Ushuaia, jadąc na południe a popłynę, cofając się, na północ. Ta podróż zaskakuje, nawet jej reżysera. Jedynie Lizka, autorka zamieszania ze spokojem przyjmuje każdą zmianę.
Zastanawiamy się, co ze świętami… Dziś jest 22 grudnia a my nie wiemy, co robić. Siedząc i myśląc o polskiej choince, rodzinnych świętach, którą od lat spędzaliśmy z moją kuzynką i Dejanem aż łezka się zakręciła w oku. Co robić? A może lecieć do Buenos Aires. Nie wiemy. Pewnie, że nie oprawa w tych świętach jest najważniejesza, ale… No właśnie, to “ale”. Nagle Liza mówi “Wojtas, sprawdźmy maile”. Sprawdzamy i sami nie wierzymy: “Kochani, w Ushuaia jest taki polski ksiądz, musicie go koniecznie odszukać. Podaje wam jego adres.” To napisał dyrektor szkoły Wojtasa, ksiądz Mariusz z Torunia. Dzięki Mariusz!!! Dobra nasza, płyniemy jutro do Ushuaia i szukamy miejsca na święta dla naszej rodzinki.