“A wie pan, że ten sok uratował wielu ludzi od tyfusu?” “Naprawdę pani Doniu, a jak…?” “Tak, tak, sok z kiszonych ogórków i kiszonej kupusty był jedynym lekarstwem Polaków na Sybirze. Wiem coś o tym, bo mój tata siedział tam 2 lata”
Tak, “po polsku” zaczęliśmy zwiedzać kolejny kontynent. Gdy wyszliśmy w Johannesburgu z samolotu, na lotnisku zobaczyliśmy kartkę “Familia Łopacińskich”. To czekał Wiesiek, który 30 lat temu wyjechał z Torunia. Pracownik Uniwersytetu nie umiał znaleźć się w komunistycznej Polsce i namówił przyszłą żonę do opuszczenia kraju.
“Ma pani świadomość, że już nigdy pani tu nie wróci?” zapytał Małgorzatę pogranicznik, gdy w czasie stanu wojennego wyjeżdżała na pseudo “leczenie” do Austrii. Świadomość miała. Tą tragedię przeżywała w sercu od lat, gdy planowała ucieczkę z kraju na zawsze. Kilka miesięcy później zaczęła z Wieśkiem nowe życie w RPA.
Przyjęli nas, jak rodzinę. W najchłodniejszym pokoju czekały rozłożone już materace. “jak długo do nas jechaliście?” Hmmm, sam nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Nasza wyprawa trwa 217 dni trwa i od tego czasu jesteśmy w ciągłej podróży. Bezpośrednio jednak do Afryki jechaliśmy … tylko 2,5 dnia. W sobotę rano ruszyliśmy z Rio de Janeiro do Sao Paulo. Potem, po 7 godzinnej podróży autokarem, polecieliśmy tego samego wieczoru do Lome w Togo i dalej, do Addis Ababa. Tam przespaliśmy się jedną noc w oczekiwaniu na 3 samolot do Johannesburga. A z Johannesburga odebrał nas Wiesiek i zawiózł do swojego domu w Pretorii.
Afryka Zachodnia zaatakowana jest przez ebolę. Na przesiadkę z graniczącym prawie z epicentrum tej zarazy, Togo kupiliśmy sobie maski na twarz. Etiopska linia zrobiła nam jednak niespodziankę, nie wypuszczając przesiadkowiczów z samolotu. Siedzieliśmy więc w sumie na swoich fotelach ponad 15 godzin. Średnia to była przyjemność, ale w Addis Abeba czekała na nas kolejna niespodzianka linii. Zamiast planowanej nocy na lotnisku, otrzymaliśmy vouchery do hotelu wraz transportem do centrum miasta. Łooł. Pokochałem Ethiopian Airlines i wsiadłem do busa.
Im dłużej jechał autobus, tym szerzej otwieraliśmy oczy. Tu jest masakra. Ulice rozkopane, architektura budynków, jak z głębokiego socjalizmu w Polsce. Blok na Alternatywy 4 byłby tutaj jednym z ładniejszych. Drewniane rusztowania na 6 piętrowych budowach dawały do myślenia. Hotel Ethiopia potwierdził przypuszczenia. Flagowy obiekt etiopijskich linii poraził nas brudem i pomysłowością pracowników.
“Ile kosztuje piwo?” – pytam kelnera w hotelu. “4 dolary”. Proszę o kartę i widzę połowę tej ceny. Gdy pan kelner przyniósł mi piwo i wraz z nim rachunek, zobaczyłem na nim cenę 5 dolarów. Hmmm, coś tu jest nie tak. “Skąd inna cena? – pytam więc. “Proszę się nie martwić, to wszystko są stare ceny. Prawidłowa cena, to 6 dolarów” “Nie ma problemu. Ja się nie martwię, tylko proszę zabrać to piwo, bo ja już go nie chcę” Z zawodowych przyzwyczajeń nigdy nie toleruję kelnerskiego złodziejstwa.
Nie posiedzieliśmy jednak długo w stolicy Ehiopii, bo rano wylecieliśmy do Johannesburga. “Mamo, ile będziemy jeszcze dzisiaj latać?” to pytanie (z naciskiem na słowo "jeszcze") dało nam do myślenia. Nasza córka, zakochana w samolotach miała już ich dość. Pozwoliła nawet Wojtkowi patrzeć się w jej okno, co było oznaką totalnego zmęczenia przestworzami. Szczerze mówiąc, to i my mamy dosyć. Od Polski spędziliśmy już ponad 44 godziny w samolotach.
Przywitaliśmy się w Wiesiem i Gosią i … poszliśmy spać. Następnego dnia rozpoczęliśmy podróż przez ambasady. Prawie do każdego afrykańskiego kraju musimy wystąpić o wizę, co nie jest prostą procedurą. Niektóre placówki odsyłają nas po zaproszenia, inne po 3 zdjęcia w odpowiednim formacie, bo zwykła fotka paszportowa nie jest okej i dla nich musi być w specjalnym rozmiarze. Botswana wysłała nas do internetowego formularza na … nieistniejącą stronę. Namibia przebiła wszystkich oświadczając, że turystom nie wydaje wiz i odesłała nas do Berlina.
W trudach i znojach przybijamy jednak powoli kolejną wizę, buląc przy okazji za nie straszne pieniądzę i tracąć kolejne strony w paszportach. U Lizy, która podróżowała najwięcej z nas sprawa zaczyna być już niebezpieczna, bo zostało jej tylko 6 ostatnich stron. Od kilku granic pilnujemy już urzędników, żeby przybijali swoje pieczątki po ludzku i nie zabierali nam całych stron na jedno podstęplowanie. Zaczyna docierać do nas świadomość, że po drodze trzeba będzie wyrobić nowe paszporty.
Po 3 rankach spędzonych w afrykańskich ambasadach ruszamy do Lori Park. Super szybka kolej “Gautrein” łącząca Pretorię z Johannesburgiem wiezie nas tam w 13 minut. Odległość 70 kilometrów pomiędzy miastami ten pociąg pokonuje w niewiele ponad 40 minut. A jednak można połączyć dwa duże miasta szybkim pociągiem. Trzeba by tu zaprosić na przejażdżkę prezydenta Bydgoszczy, który ma ciągle “problemy z zbyt odległym” Toruniem...
W Lori Parku widzieliśmy lwy albinosy. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem białego lwa. Choroba, słyszałem o białych niedźwiedziach, papugach i panterach, ale białego lwa zobaczyłem pierwszy raz w życiu. Dzieci były zachwycone a to dopiero pierwsza nasza przygoda z afrykańskimi zwierzakami. Luśka bawiła się z małym lwiątkiem a Wojtek nosił papugę. Dwa spotkania zakończyły się na dwa różne sposoby, bo Luśka wyszła cało z lwiej klatki a Wojtek, ma przebitą rękę. Papuga stwierdziła, że już kończy zabawę a mały nie zrozumiał, więc wytłumaczyła mu to po ptasiemu. Krwi nie było zbyt dużo, ale strachu najedliśmy się wszyscy, łącznie z papugą, bo przerażony Wojtek zrzucił ją na ziemię. Ta, wkurzona na takie niemiłe zachowanie podczas jej pieszczot, zaczęła go gonić. Teraz Wojtek ma dwie dziury w ręce i przebitego dziobem sandała.
Mieszkając u Gosi i Wiesia wspominamy Toruń. Obydwoje są absolwentami Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i członkami Programu Absolwentów UMK, dzięki któremu zresztą poznaliśmy się. Wspominamy Toruń i poznajemy realia życia na emigracji. Republika Południowej Afryki jest rządzona od 20 lat przez rząd czarnoskórych obywateli i od tego czasu ludzie z Europy muszą się żyć w nowej rzeczywistości. Widzieliśmy zaniedbane ogrody przy pałacu prezydenckim w Pretorii, przejeżdżający na sygnale orszak, mającego 10 żon, prezedenta RPA i tabliczki z nazwami ulic, które po zmianie na poprawniejsze politycznie, zachowały też skreślone stare nazwy. U Gosi i Wiesława czuliśmy się, jak w domu i odważnie wspieraliśmy naszych gospodarzy w obowiązkach. Gotowaniem podzieliliśmy się spawiedliwie. Raz Gosia przygotowywała tradycyjne dania mięsno-ryżowe z posypanymi plastrami bananów a innym razem kukurydzianą kaszę z Lesotho, jednego z najmniejszych państw świata. Ja gotowałem spaghetii i penne w moich niezniszczalnych sosach z pomidorami. Tylko Wiesiek głową kręcił, że pojęcie “all dente” jest zupełnie bez sensu a makaron jest za twardy i trzeba by go jeszcze z pół godziny pogotować.
W Pretorii mamy duży kłopot z poruszniem się po mieście. Publiczny transport jest bardzo symboliczny i wszyscy jeżdżą samochodami. Dzięki jeżdżącemu wszędzie z nami Wieśkowi udało nam się jednak dotrzeć do kilku ambasad i odwiedzić 80-letnią panią Donię, która ma niesamowitą historię. Gdy w sierpniu 39 roku powołano jej tatę do polskiego wojska miała 6 lat i nie czuła, że traci ojca na kolejnych 17 lat. Pod opieką mamy, udało jej się przeżyć z bratem okupację hitlerowską a ojciec dostał się do rosyjskiego łagru. Po 2 letnim pobycie w Kozielsku i innych obozach wyszedł z armią Andersa na wolność. Ojcu się poszczęściło, bo większość syberyjskich więźniów Rosjanie zabijali haniebnym strzałem w tył głowy. Tym, którym zwrócili wolność, zabrali na zawsze zdrowie. Ojciec nie dał rady już walczyć i do końca wojny leczył się w szpitalu. Po odzyskaniu względnego zdrowia został skierowany do Afryki, jako nauczyciel w jednym polskich obozów. Nie mógł jednak odszukać w komunistycznej Polsce swoich bliskich i żył sam w Tanzanii. Nigdy jednak nie tracił nadziei. W sercu czuł, że gdzieś daleko żyje żona z dziećmi. Jako jeden z niewielu, nie założył nowej rodziny, tylko cierpliwie czekał na ukochaną. Dopiero w 1955 roku jego uczniowie z Afryki dotarli do żony i córek. Rozpoczęła się walka o wyjazd z Polski, która dzięki gomułkowskiej odwilży, w 1956 roku zakończyła się lotem do Afryki. Matka i Doni brat zobaczyli po tak długim czasie swojego męża i tatę.
Donia przeżyła tu 74 lata. Zna Afrykę, jak mało kto z Polaków, ale zachowała kontakt z Polską. Rozmawia idealnie w ojczystym języku. Każde z jej dzieci zna polski i jeździ regularnie do kraju. Pani Donia miała plantacje agaw, pod Kilimangaro i zjeździła z rodzicami pół kontynentu. Jest chodząca skarbnicą wiedzy i człowiekiem z wielkim sercem. Gdy otwiera album ze starymi zdjęciami, człowiek czuje się, jakby zaczynał się czarno-biały, niesamowity film.
“Chodźcie, zrobiłam obiad. Nic wielkiego, bo muszę iść na zakupy a w lodówce znalazłam tylko strusia.” – zawołała nas pani Donia. Moje dzieci zjadły pierwszy raz w życiu mięso strusia a Donia dokładając kiszoną kapustę, kiszone ogórki i mizerię mówiła: “to nic wielkiego, to nic wielkiego”… Trzeba mieć na uwadze, że wszystko co kiszone uważane jest w RPA do wyrzucenia. Ludzie nie znają kiszonych smaków i tym bardziej potrawy Doni budzą lokalną furorę.
U Doni dzieciaki dowiedziały się, że kiszonymi ogórkami Polacy leczyli w Kozielsku i Nowosybirsku tyfus. Już wiedzą, że czasami przez tydzień jedli tylko czerstwy chleb a mimo to, potrafili z tego chleba zwijać paciorki różańca. Ojciec podarował jeden taki chlebowy różaniec Doni a my mieliśmy przyjemność go zobaczyć. Czy może być lepsza lekcja historii dla moich dzieci?
Słuchając doświadczeń pani Doni człowiek docenia jeszcze bardziej wspólne przygody tej wyprawy. Żyjemy w takich czasach, że tylko od nas zależy, czy jesteśmy razem. To my decydujemy, czy chcemy dalej żyć w naszej rodzinie, czy założyć nową. Czy chcemy spędzać czas z naszymi dziećmi, czy wolimy oglądnąć kolejny kretyński program w telewizji. Dziś wszystko zależy od nas.