Hania, córka pani Doni postanowiła zaopiekować się nami przez kilka dni pretoriańskiego pobytu. “Ileż można załatwiać te cholerne wizy! Jutro macie być gotowi o jedenastej, bo zabieram was na safari!!!” Ucieszyliśmy się, bo safari znaliśmy z filmów przyrodniczych, natomiast afrykańskich ambasad, mieliśmy już po dziurki od nosa
.“Wiecie, że jest szansa spotkać tu, w Dinokeng Game Reserve wielką afrykańską piątkę! “ - Hania podkręcała atmosferę. Dzieci szalały w samochodzie, pomimo, że dzień wcześniej oglądały lwy, pantery i inne zwierzęta w Lori Parku. Nie dziwiliśmy się z Lizką zbytnio, bo i my byliśmy ciekawi. Działający na zasadzie self drive route, park ma wydzielone trasy objazdowe, które można pokonywać własnym samochodem. Wjeżdżając trzeba się zapoznać z kilkoma sztywnymi zasadami, bo potrafi tu być niebezpiecznie. Od linii elektrycznego płotu dzikie zwierzęta biegają niczym nie skrępowane. W każdym miejscu może czaić się lew lub lampart, więc nie można wychodzić z auta w miejscach niedozwolonych i otwierać okien zbyt szeroko. Nie można podjeżdżać zbyt blisko słoni, bo wystraszone mogą przewrócić auto. Wjazd jest na własne ryzyko i nie można mieć pretensji do zarządu parku w razie jakiś zniszczeń samochodu. Nawet, gdy usiądzie na niego słoń, albo staranuje nosorożec…
Łoooł, gdy Hania przybliżyła nam te “drobne fakty organizacyjne”, poczuliśmy lekki powiew strachu. Ale co tam, jak przygoda, to przygoda. Wjechaliśmy ostrożnie i powoli. Zaczęliśmy jeździć po piaskowych drogach w poszukiwaniu afrykańskiej piątki. Lampart, lew, słoń, bawół afrykański i jedno z najbardziej zagrożonych zwierząt świata, nosorożec. Na naszej planecie jest już chyba tylko 4.000 nosorożców. Pomimo tak małej ilości, nadal dochodzą wiadomości, że tu a tu zastrzelono kolejnego osobnika. W zeszłym roku w Dinokeng Game Reserve zginęły dwa zwierzaki. Pomimo strażników, kolczastych płotów i elektrycznych zabezpieczeń znów je zabito. Bandyci przylecieli helikopterem, zastrzelili nosorożce, odcięli rogi i spokojnie odlecieli.
Nosorożce przegrały z ludzką zachłannością. Zabijane są ze wględu na rogi. W medycynie chińskiej używa się ich, jako środka na potencję. To jest właśnie ich przekleństwo. Odkąd Chińczycy zainteresowali się rogami nosorożców, popyt na magiczny proszek jest nie do opanowania. W Afryce jest pełno jeszcze bardziej makabryczniejszych zabobonów. Ludzie na wysokich stanowiskach politycznych zamawiają proszek z chłopięcych jąder, wierząc że dodaje im więcej inteligencji. Mężczyźni często są przekonani, że seks z małymi dziewczynkami wyczyści ich z aids. Mający 12 żon prezydent RPA, na pytanie dziennikarza, czy nie boi się aids, odpowiedział, że nie, bo zawsze “po” idzie się kąpać.
“Patrzcie, bawół, bawół!!!” – krzyknął w podnieceniu Wojtuś. “Nie, to antylopa gnu” – uspokoiła towarzystwo Hania. O rany, zawsze myślałem, że gnu, to taka mała, zwinna antylopka. Tymczasem na przeciw samochodu stanął potężny samiec, który ważył chyba z 300 kilo. Jeżdziliśmy dalej w poszukiwaniu wielkiej piątki. Godzina, dwie, trzy i nic. Zauważyliśmy tylko gdzieniegdzie antylopy lub przelatujące ptaki. “Hmmmm, pewnie nie uda się spotkać nic ciekawego” - kołatały się wszystkim po głowach smutne myśli.
Nagle, dosłownie koło nas, wyrosło stado zebr. Przeszły obok samochodu, jakby nigdy nic. Normalnie, jakby nie były zebrami. Piękne zwierzęta zlały się z wyschniętymi, szarymi kaktusami. Były tak ładne, jak z obrazka. Dzieci chciały wyskoczyć z samochodu i je głaskać.
Znów nabraliśmy nadzieji na kolejne ciekawe spotkania. I znów nam się poszczęściło. “Mamo, mamo jaka ta żyrafa jest wielka!!!” – krzyczała Luśka – “Tak, ale ta jest młoda, popatrz na tą.” A “ta”, to była żyrafa matka z szyją długości chyba kilometra. Staliśmy z pół godziny, totalnie zauroczeni żyrafią rodzinką, aż wreszcie Hania zarządziła odwrót do domu. Bramy zamykane są w parku o godzinie 18 i jak nie wyjedziesz, to musisz zostać w środku na noc. Przy polujących w nocy zwierzętach, to niebezpieczna przygoda. Spanie jest dozwolone tylko w zamkniętych obozach. Otwarcie drzwi od samochodu, nawet na chwilę, może się tu skończyć tragedią. Hania opowiadała nam rodzinach śpiących w samochodach i załatwiających się ze strachu, przez całą noc, do miski.
My przecholowaliśmy i wyjeżdżaliśmy z parku po godzinie 20. Znaleźliśmy jakąś lodge. Hania porozmawiała z kelnerem, który dał nam kod do bramy. Jechaliśmy do domu w szampańskich nastrojach. Choć nie udało się spotkać żadnego z wielkiej piątki, to wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni, bo widzieliśmy przecież najwyższe zwierzę świata. Zobaczyliśmy, jak struś wysiadywał jajo w gnieździe i jak wielka potrafi być tu cykada, która siadła na twarz Lizki
Afryka jest kolebką ludzkości. W 1924 roku odkryto tu szkielet Australopiteka i od tego momentu Afryka jest uważana za miejsce narodzin pierwszego człowieka myślącego. Następnego dnia Hania zabrała nas więc do muzeum archeologicznego. Najpierw pojechaliśmy zwiedzić jaskinię Sterkfontein, gdzie wykopano czaszkę Australopiteka, który żył tu ponad 4 miliony lat temu. To nie jest jednak najstarszy przedstawiciel gatunku homo. Już 65 milionów lat temu chodzili po Ziemi nasi przodkowie. Mieli mocną szczękę i płaskie zęby, co dowodzi przewagę pokarmu roślinnego nad mięsnym. Ślady stóp informują nas też o ich postawie stojącej. To była ciekawa lekcja historii ludzkości.
Po wydostaniu się na powierzchnię i zrzuceniu kasków, ruszyliśmy do Maropeng, najnowocześniejszego w RPA muzeum archeologicznego. Ciekawa odmiana, bo za plecami zostawiliśmy naturalne jaskinie i wykopaliska a przyjechaliśmy do multimedialnego ośrodka, w którym dzieci poczuły się, jak ryba w wodzie. Zaczęło się od “rejsu” łódką po niektórych epokach tworzenia się Ziemi. Kosmiczna ciemność z drogą mleczną nad głowami, ryki dinozaurów, zlodowacenie i przemieszczania się płyt tektonicznych przybliżyły dzieciakom stare dzieje naszej planety.
Potem maluchy “utonęły” w interaktywnej sali z przeróżnymi eksperymentami. Ustawiały w kolejności ludzkich przodków, klasyfikowały ssaki, porównywały wielkość stopy dinozaura do swoich nóg i sprawdzały do czego używa się wodę, ogień, ziemię oraz powietrze. Na projektorach znajdowały informacje o ilości ludzi na świecie, która umie czytać i pisać oraz jakie narody są najwyższe, najgrubsze i jakie mamy kolory skóry. Niesamowita lekcja, która dotknęła chyba wszystkich przedmiotów a najbardziej podziwu dla stworzenia, szacunku do życia i drugiego człowieka.
Wieczorem pani Donia czekała na nas z kolacją i ekwipunkiem na podróż do Mozambiku. Tym razem był rosół. O rany, jaki pyszny. Zjedliśmy po 2 talerze a piszący te słowa, musi się przyznać, że pochłonął trzeci. Marysia, córka pani Doni upiekła sernik i zaserwowała go z gorącymi truskawkami.
Na koniec dnia odbyliśmy lekcję historii Polski. Pani Donia wyjęła z szafy pudło z rodzinnymi pamiątkami i zaczęła nam opowiadać o swoim życiu. Widzieliśmy nożyk, który wykonał tata pani Doni w 1940 roku w obozie internowanych w Kozielsku. Oglądnęliśmy stary historyczny ryngraf, który towarzyszył mu w wojnie bolszewickiej w 1918 roku i srebrny przybornik do golenia, który ojciec pani Doni otrzymał w spadku od swojego ojca i którym golił się w ukryciu w Kozielsku. To było tak ciekawe, że aż żałowaliśmy kupionych już biletow, bo chętnie zostalibyśmy i słuchalibyśmy Pani Doni dłużej…