Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat







© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 09.01.2015 - 04.03.2015 Tanzania / Wielka piątka z Serengetti

Wielka piątka z Serengeti National Park

Nie chcąc przeszkadzać w pracy księdzu Januszowi, regenerację po Kilimanjaro skróciliśmy do jednego dnia. Osiem nocy, które spędziły w Moita Bwawani nasze dziewczyny były i tak najdłuższym przystanikiem tej wyprawy. Misjonarz Janusz wykazał się niesamowitą serdecznością, braterstwem i gościnnością. Na koniec odwózł nas na dworzec i ruszyliśmy na poszukiwanie wielkiej afrykańskiej piątki.

Zaraz przy Arusha, po drodze do Burundi, znajdował się jeden z głównych celów naszej wyprawy: Ngorongoro National Park. To tu w największym amfiteatrze świata planowaliśmy zobaczyć lwa, lamparta, nosorożca, słonia i afrykańskiego bawoła, czyli wielką piątkę. Gdyby się nie udało w Ngorongoro, to zaraz po drodze mogliśmy wskoczyć do Serengeti National Park. Był tylko jeden “mały” problem: kasa. Oba parki słyną z obfitości mieszkających w nich zwierząt i potrzeby równej obfitości portfeli, odwiedzających ich turystów. Ceny kilkudniowych safari sięgały naszego miesięcznego budżetu podróży po Ameryce Południowej. Musieliśmy więc coś wykombinować.

Odwiedzając agencje turystyczne dowiedziałem się, że wycieczkowe samochody wyruszają codziennie o godzinie 9,00. Kierując się podstawową zasadą hotelarstwa, która mówi, że “pokój niesprzedany dziś, pokojem straconym na zawsze”, wiedziałem, że ranek będzie moją szansą na zbicie ceny w firmie, która nie sprzedała wszystkich foteli w aucie. Na dworzec/rynek w Arusha dotarliśmy, podwiezieni przez księdza Janusza, o 7 rano i miałem 2 godziny na negocjacje. Musiałem tylko zostawić Lizkę, dzieci i wszystkie plecaki na pastwę tzw. pomagaczy”

Dżungla na afrykańskim dworcu

Kto nigdy nie był sam na dworcu autobusowym w Afryce, chyba nie będzie potrafił zrozumieć, z czym się to wiąże. Najpierw trzeba sobie wyobrazić setki albo tysiące ludzi. Autobusowe dworce leżą w Afryce najczęściej obok rynków. Handlujący mieszają się z podróżnikami. Ludzie zrzucają z busów swoje towary na stragany a sprzedane produkty ładowane są na dachy pojazdów. Wokół każdego parkującego busa pojawia się natychmiast 20 lub 30 “pomagaczy”. Każdy jest twoim “frendem” i głośno oferuje swoją pomoc. Im nie starcza pojedyncza odpowiedź “nie, dziękuję”. I tak uważają, że każdy “mzungu” wymaga pomocy i oczywiście chętnie za nią zapłaci. Pośród nich często czają się tacy, którzy gotowi są sami wymierzyć sobie wynagrodzenie w postaci naszego plecaka, portfela lub czegoś innego, co akurat stracimy z zasięgu naszego wzroku. Zdarzali nam się i tacy, którzy musieli usłyszeć kilka razy słowo “nie”, zanim dali sobie spokój z wspieraniem nas. Lizka dzielnie została z takimi przyjaciółmi a ja wsiadłem na mototaxi i ruszyłem do walki.

opacińscy na safari!!!

Wolnych miejsc nie znalazłem, ale w szóstej odwiedzonej firmie wytargowałem samochód z kierowcą. Dogadaliśmy 4 dniowe safari w cenie 2 dni, które płacili nasi japońscy przyjaciele z Kilimanjaro za dwa małe lokalne parki narodowe. Musiałem tylko samemu kupić jedzenie i dogadać z kierowcą kuchenne wyposażenie. Znając siłę 10 dolarowego banknotu po chwili zapakowałem do bagażnika butlę gazową, garnki i talerze. Podjechałem na dworzec po resztę mojej ekipy, wielkim odkrytym Landcruzerem i krzyknąłem na całe gardło: “Łopacińscy na safari!!!” .

Namiotowy nocleg w szkole

Wyjazd ustaliliśmy na 6 rano, kolejnego dnia, więc szef agencji zaoferował nam znajomy hostel. “My nie śpimy w hotelach” – usłyszał i zadeklarował, że COŚ pomoże. Poszliśmy na spacer po Arushy a po powrocie okazało się, że siostra przyjaciólki, żony naszego szefa agencji pracuje w szkole i możemy tam bezpiecznie rozbić namiot. Rozbliliśmy i przespaliśmy się na szkolnym boisku sportowym, pilnowani przez szkolnego nocnego stróża.

Krater Nogorngoro

O 6 rano ruszyliśmy na jedną z największych przygód tej wyprawy. Ngorongoro znałem z programów przyrodniczych. Jest kalderą wygasłego wulkanu, ktory wybuchł i zapadł się. To tu na 250 kilometrów kwadratowych żyją prawie wszystkie, znane nam afrykańskie zwierzęta. Powstały 3 miliony lat temu, wielki krater Ngorongoro stał się domem milionów sztuk zwierząt. Wjeżdzając a raczej zjeżdżając 600 metrów wgłąb wkraczamy, do innej bajki. Byliśmy wszyscy podnieceni. “Naprawdę, co chwila tam jest lew, nosorożec, żyrafa czy bawół…? Przecież po Kruger Parku jeździliśmy 2 dni i nie zobaczyliśmy choćby jednego starego i ślepego lwa” – dopytywalismy po drodze naszego kierowcę. Ten zapewniał nas, że całą piątkę mamy, jak w banku. Dzieci więc szalały w wielkim samochodzie, który był cały dla nas. Wszyscy czuliśmy, że zaczynają się super 4 przyrodnicze dni.

Witamy rodzinkę lwów

Nie pomyliliśmy się! Przekroczyliśmy bramę parku i natychmiast zjechaliśmy do krateru. O rany, wszystko to, co sobie wyobrażałem przed przyjazdem, to był ułamek piękna, które właśnie oglądałem. Raj? Nie, to Ngorongoro – pomyślałem. O rany, tu chodzi 10 żyraf, obok stada zebr, które liczy 200 osobników!!! Zaraz przy samochodzie przeszło 30 bawołów afrykańskich i kilkaset antylop gnu. “Tatooooo, lwy!!!” – jednocześnie krzyknęły dzieciaki. Tak poszukiwane przez nas w parkach RPA lwy, przywitały nas już po 10 minutach przejazdu przez krater Ngorongoro. Na trawie siedziała sobie najprawdziwsza rodzina lwów. Lwica pożerała szczątki jakiejś antylopy a dorosłe grzywacze spały w oddali. Dwa małe lwiątka widząc cień przy autach turystów, wskoczyły pod podwozia i spróbowały uciąć sobie drzemkę. Jeden tak zasnął, że nie wyszedł nawet, gdy kierowca zapalił silnik i zaczął powoli wycofywać pojazd. Lew nawet nie otworzył jednego oka. Wkurzył się tylko, gdy auto wyjechało znad niego, odsłaniając słońce. O rany, co za leń. Teraz już wiemy, kto jest największym leniuchem na świecie i wcale to nie jest Lizka…

Luśka w swoim żywiole

Nasza miłośniczka zwierząt, Luśka szalała ze szczęścia a to był początek rajskiego pobytu. Pojechaliśmy zobaczyć hipopotamy, które leniły się w wodzie i nie miały zamiaru nawet nas przywitać. Widzieliśmy ze 20 buszujących w sawannie słoni i śpiącego nosorożca. Obok nas przebiegły hieny, popłakując do siebie. Narzekały pewnie na lwy, które samolubnie zajadały się antylopą, nie chcąc podzielić się z nimi. Chętnych zresztą na pozostałości z lwiej uczty było więcej, bo wokół biegały, przypominjące nasze lisy, wygłodniałe szakale a nad wszystkimi latały sępy. Widzieliśmy też dziesiątki wartdogów, czyli dzikiń świń z czterema groźnymi kłami. Sam już nie wiem, co jeszcze widzieliśmy, bo co chwila mijaliśmy jakiegoś zwierzaka.

Lew, bawół, słoń i nosorożec zaliczone! W jeden dzień dzieciaki zaobserowały cztery pośród wielkiej piątki. Został nam lampart, ale ten poluje nocami a my byliśmy wykończeni i trzeba było wyjechać z krateru w poszukiwaniu naszego obozu. Spaliśmy na polu namiotowym o wdzięcznej nazwie “Simba”. Tak nazywał się tata lew w bajce “Król lew”. To było niesamowite, ale w nocy obudził nas potężny lwi ryk. Tak, jakby jakiś Simba chciał nam przypomnieć, że wkroczyliśmy do jego królestwa. Dzieci spały za twardo, żeby to usłyszeć, ale z Lizką aż podskoczyliśmy w naszym namiocie. Ryk wydawał się, jakby 3 metry za namiotem a obóz nie był otoczony żadnym płotem. Jedyne zabezpieczenie stanowił strażnik z jakąś 100 letnią chyba zardzewiałą strzelbą, który wieczorem był bardziej zainteresowany jedzeniem, zamiast chronieniem turystów. Teraz w nocy spał sobie pewnie i myślał, że nikt nam tu nie kazał przyjeżdżać i skoro się zdecydowaliśmy, to już nasza sprawa.

W drodze do Serengetti National Park

Rano spakowaliśmy namioty przed 6.00 i zaraz po wschodzie słońca ruszyliśmy do kolejnego parku narodowego. Park Ngorongoro, który rozciąga się setki kilometrów kwadratowych poza kraterem, graniczy z Serengetti National Park a że zwierzęta nie rozumieją granic, przechodzą sobie spokojnie pomiędzy nimi. Wielka migracja afrykańskich zwierząt, o której każdy chyba słyszał w dzieciństwie, odbywa się pomiędzy tymi dwoma parkami i kenijskim Masai Mara National Park. Udało nam się zobaczyć jej fragment. Najpierw z daleka widać było małe, przemieszczające się punkciki. Im było bliżej, tym zwierzęta przybywały i stawały się coraz większe. Nagle, w drodze do Serengetti znaleźliśmy się w środku tysięcy istot.

Nie wszystkie się ucieszyły na nasz widok. samochód, który jechał kilku minut za nami, został zaatakowany przez zdenerwowanego słonia. Biedak stracił kła, gdy wbił go w błotnik i próbował podnieść auto. Jeden z turystów został ranny a my cieszyliśmy się, że kierowca przyspieszył i minął nerwusa.

Wielka migracja

To było coś niesamowitego. Obok naszego auta skakało, wyło, biegało, beczało kilka tysięcy antylop gnu. Setki zebr łaziło w tą i z powrotem, sprawiając wrażenie zupełnie niezorganizowanego marszu. Zawsze wydawało mi się, że migracja wygląda, jak wojskowy pochód a rozsiewające swoimi kopytami sygnały zapachowe antylopy gnu, będą wyznaczały dla wszystkich, jeden kierunek. Tymczasem zwierzęta biegały we wszystkie strony. Zebry w prawo, antylopy w lewo, małe impale do przodu a jeszcze inne antylopy do tyłu. Bez ładu i składu. Tylko z pozoru. Tak na prawdę półtora miliona antylop gnu, dwieście tysięcy zebr i pięćset tysięcy gazeli Thomsona dokładnie wie, gdzie ma się kierować. Wszystkie ruszają z Ngorongoro i powoli przesuwają się do przodu, przez Serengetti, ku wodzie i świeżej trawie, na teren kenijskiego parku narodowego Masai Mara.

Krwiożercze lwy

Po kilku godzinach jazdy przez szutr, kurz i totalne bezdroża, dotarliśmy do centrum Serengetti. Tu nie ma domów Masajów, bydła i żadnych ludzi. Na terenie parku mogą przebywać tylko dzikie zwierzęta, strażnicy i turyści. Tu żądzą lwy. Pokazały nam swoje przywódctwo bardzo szybko. Stanęliśmy obok kilku lwów rozszarpujących upolowaną gnu. Małe kociaki, wysmarowane krwią, właziły prawie całe do brzucha ofiary. Lwice odpoczywały w pobliżu, czujnie kontrolując maluchy a wielki grzywacz spał pod drzewem. Wokół latały sępy, które z niecierpliwością czekałay na swoją ucztę. Znałem te obrazki z filmów a teraz stałem w aucie obok lwów i byłem świadkiem tego wydarzenia. To było nierealne!!!

Spioch hipek

Całe dnie spędzaliśmy w terenowej toyocie Landcruzer, w której można było podnieść całą górę auta. Jak widzieliśmy coś ciekawego, to unosiliśmy dach i obserwowaliśmy z góry wydarzenie. Mieliśmy słonie, żyrafy, bawoły dosłownie na wyciągnięcie ręki. Do obozu zjeżdżaliśmy na wieczór, żeby ugotować sobie spaghetti i wpaść do namiotu spać. Po prysznicu, o godzinie 20.00 już spaliśmy, bo wraz ze wschodem słońca zaczynaliśmy safari. Nad ranem spektakl jest najciekawszy, bo wiele zwierząt właśnie wtedy jest najaktywniejszych. Wylegujące się przez całe dnie w wodzie hipopotamy w nocy biegają, jak sarenki. A biegać potrafią. Człowiek nie ma najmniejszych szans z rozwścieczonym hipkiem, który osiaga 50 km/h. To z pozoru nieporadne i roślinożerne zwierzę zabiło więcej ludzi, niż lew czy lampart. Rano widzieliśmy, jak wracają z żeru i gramolą się do sadzawek. Ryczą wtedy zadowolone i szczęśliwe, że napełniły brzuchy 40 kilogramami trawy. W dzień wystawiają z wody tylko króciutkie ogony i ochlapują się wodą. W Serengetti jest jedno, ulubione przez hipopotamy miejsce. Śpi tam jednocześnie koło 100 leniuchów, puszczającyh bąki i załatwiających się do małego bajorka. Nie pytajcie, jak tam śmierdzi…

Z lampartem nie tak łatwo…

Mijały dni i ciągle brakowało nam lamparta do skompletowania wielkiej piątki. Na lwie polowania i rodzinne pożerania nieszczęśników trafialiśmy codziennie. Wyczekujące końca lwich uczt, sępy, orły, hieny i szakale również były naszym codziennym widokiem. Brakowało ostatniego puzzla układanki: lamparta. Nocny marek i bardzo ostrożny kot często opuszcza turystyczne zestawienia wielkiejh piątki. My też powoli zaczynaliśmy się obawiać, czy uda się go zobaczyć. Ostatniego ranka nasz kierowca dostał przez radio cb sygnał: “młody samiec poluje przy skałach”. Pognaliśmy, jak na sygnale. Nawet nie sądziłęm, że poczciwa Toyota na safari potrafi tak gnać. Przy kolejnym wyskoku walnąłem tak mocno głową w orurowanie, że zobaczyłem gwiazdy. A może to były cętki lamparta. Nie wiem.

Wielka piątka w komplecie

Wiem za to, że gdy przyjechaliśmy na miejsce, czekał na nas, na drzewie, lampart. Wylegiwał się na gałęzi, jakby nigdy nic. Leżał i kpił sobie z nas: “Wy mnie szukacie 3 dni? Ja śpię sobie tu i kicham na was.” Był piękny. Piękny, dziki i wolny.

TOP

Kolejne safari i kolejne emocje. Tym razem udało się! Wielka piątka zaliczona!!!

Wielka piątka z Serengetti