To było moje marzenie. Zdobyć dach Afryki. Wspiąć się na kolejną górę tej wyprawy, która przekracza 5 tysięcy metrów. W zasadzie można ją prawie zaliczyć do 6-tysięczników, bo najwyższy jej szczyt, Uhuru ma 5.895 metrów nad poziomem morza. Miało być łatwo i przyjemnie a okazało się bardzo komercyjnie i zaskakująco ciężko.
Po powrocie z Zanzibaru i spędzonej nocy u naszych Salezjanów z Dar es Salaam ruszyliśmy na północ. Pod wieczór dotarliśmy do Arusha. Podróż trawała prawie 12 godzin i zwykle takie odległości pokonywaliśmy nocnymi autobusami, ale w Tanzanii wieczorne kursy nie są praktykowane ze względów bezpieczeństwa. Jechaliśmy trochę na pałę, bo znów nie mieliśmy żadnego potwierdzonego kontaktu. W internecie znaleźliśmy jedynie informacje o polskim misjonarzu, który miał tu pracować z Masajami. Żadnego telefonu, ani potwierdzenia, czy na pewno dalej on tu działa. Na Zanzibarze dostaliśmy wprawdzie namiary na kogoś z misji, ale pomimo codziennych telefonów i smsów nie doszło do kontaktu. Mieliśmy tylko nazwę ośrodka: Moita Bwawani.
Na dworcu w Arusha obskoczyło nas 50 taksówkarzy, ale żaden nie znał drogi do misji Moita Bwawani. Połowa nie przejmując się tym zupełnie i tak zapraszała nas do swojego pojazdu, mówiąc, że znajdą nam coś innego… Wreszcie jakiś policjant dał wskazówki, na co mamy się kierować. Ze wszystkich chętnych znaleźliśmy gościa, który z 60 tysięcy szylingów zgodził się pojechać za 25. Po drodze nie tylko okazało się, że nasz taksiarz nie ma pojęcia, gdzie jest Moita, ale i to, że zupełnie nie ma benzyny. Chcąc nie chcąc, musiałem mu załadować paliwo i razem szukaliśmy drogi. Asfalt skończył się zaraz za miastem i samochód zaczął sunąć polną drogą. Kurz, kamienie i wielkie dziury, czyli afrykańska codzienność komunikacyjna. Wszystko było ok, aż do momentu gdy dojechaliśmy do mostu a raczej czegoś, co kiedyś było mostem a obecnie stanowiło kupę rozrzuconego gruzu przez wodę. Facet wysiadł, oglądnął przeprawę i stwierdził, że dalej nie jedzie. Nie pomogały żadne prośby. Znów musiałem złapać się za portfel, bo przekonała go tylko dopłata do ceny i samochód ruszył przez rzekę. Powoli, coraz bardziej zanurzając się przejechaliśmy przez wodę, szczęśliwi że, podobno dawno tu nie padało. Wkrótce mieliśmy przekonać się, jak wygląda przeprawa po deszczu, ale teraz nie było nam to w głowie, bo 3 kilometry dalej witaliśmy się z księdzem Januszem. Znaleźliśmu tu, u stop najwyższej góry Afryki, kolejny nasz dom, na kilka dni tej wyprawy.
Ksiądz Janusz z zgromadzenia Misji Afrykańskich prowadzi tu 3 szkoły dla masajskich dzieci. Ma pełne ręce roboty, ale mimo totalnego zaskoczenia naszym przyjazdem zaprosił nas do środka. Misja, przypominała afrykańską chatę była pełna lokalnych gadżetów. Na ścianach wisiały masajskie włócznie, tarcze i stroje. “Te strusie jajka przynoszą nam dzieci, gdy znajdą je na polu” – zaśmiał się misjonarz, tłumacząc Luśce pochodzenie 12, leżących na szafce jajek. Ani my, ani on nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że ta misja stanie się miejscem, gdzie Lizka z Luśką spędziły największą ilość nocy w tej wyprawie.
“Ja też idę” –zadecydował mały Wojtek i na potwierdzenie swojej decyzji powiedział, że otrzymane od dziadka Piotrka dolary wkłada w wyprawę. W Paragwaju kupił sobie aparat fotograficzny i resztę, która mu została przeznaczył już dawno na tą ekspedycję. Z przyjemnością przyjąłem deklarację syna, bo agencje proponowły 1400 dolarów od osoby za 5 dniową ekspedycję. “Ile dni? Po co 5 dni wspinać się po górze, jak wyższe wzniesienia pokonywałem w Peru w 2 dni?” – zdziwiłem się, ale cóż było robić. Podobno były trasy na Kilimanjaro, którymi idzie się nawet 8 dni…
Znalazłem agencję, która obniżyła tą cenę i podpisałem kontrakt. W ostatniej chwili jednak, odkupując przygotowane dla nas jedzenie, zerwałem umowę. Zabraliśmy z Wojtkiem nasze plecaki i 4 kartony spożywki. Dojechaliśmy na dworzec i wsiedliśmy w ciemno do dara-dara (tak w Tanzanii nazywane są małe busy) w kierunku, oddalonego o 80 kilometrów, Moshi, które miało to być lokalnym centrum wspinaczkowym.
Ryzyko opłaciło się. Po przebiegnięciu przez kilka agencji, znalazłem tańszą ofertę o … 500 dolarów i to wraz z deklaracją odkupienia od nas żywności. Następnego dnia dołączyliśmy do 4 Japończyków i ruszyliśmy na szlak. 1895 metrów mieliśmy osiągnąć po 3 dniach wspinaczki i nocnym ataku. Wcześniej zapoznaliśmy się z panującymi w Parku Narodowym zasadami. Nie można samemu wspinać się pomimo, że szlaki są bardzo czytelnie oznaczone. Z dwoma turystami musi iść 2 przewodników a z naszą szóstką szedł dodatkowy, trzeci asystent przewodnika. Każda trasa ma ściśle określoną ilość dni i nie można jej pokonać krócej. Każdy dzień, to wpłata około 100 dolarów na konto Parku, plus koszty ekipy. Obok przewodników z każdym turystą wspinają się tragarze i kucharze. Poznaliśmy parę z Polski, która miała 11 takich “kompanów”. Wynajęta przeze mnie agencja była bardzo oszczędna, bo naszej szóstce towarzyszyło “tylko” 15 osób. Jakiś komentarz do tanzańskich regulacji? Chyba nie ma sensu, bo wszystko jest jasne: każdy mzungu (czyli biały) ma worek z kasą, którą trzeba złoić.
Przez pierwsze 3 dni, czułem się jak na pikniku. Jeden z gości codziennie odbierał ode mnie plecak i na kolejnej stacji układał go obok czekającego łóżka. Na naszej trasie “Marangu” noclegi ustalone były mniej więcej co tysiąc metrów, więc o zmęczeniu nie mogło być mowy. Zaraz po przybyciu do każdej stacji otrzymywałem miskę ciepłej wody i mydło. W jadalni mieliśmy przygotowane (i to na obrusie w Afryce!!!) śniadanie z jajecznicą, grzankami, naleśnikami, owsianką, świeżymi owocami i gorącymi warzywami. Potem podawano nam pakiet lunchowy a wieczorem serwowano 4 daniową kolację. Wspinaliśmy się około 5 godzin, docierając na każdą stację przed godziną 15. Zaraz po przybyciu, częstowano wszystkich herbatą, ciastkami i dwoma rodzajami czekolady. To była jakaś farsa a nie naturalny kontakt z górą i ciężkie wspinanie z plecakiem, namiotem i własnym wyżywyniem. Do kompletnej masakry brakowało mi tradycyjnych tańców murzyńskich, lodów i szampana na każdej stacji. Zastanawiałem się w duchu: “co ja tutaj robię?” Na Kilimanjaro wchodzi podobno 10 tysięcy turystów, z których tylko połowa dociera do celu. Gdzie zatem jest haczyk i źródło niepowodzeń połowy śmiałków…
Trzeciego dnia pobódka ustalona była na godzinę 23,00 i wtedy zaczęło się coś poważniejszego. O dwunastej w nocy wyszliśmy z obozu i kąmpletnie zaspani ruszyliśmy w górę. Mieliśmy do przebycia około 6 kilometrów, co w pionie dawało 1.200 metrów. Po 3 dniach “niby wspinaczki” nogi powoli dawały nam znać, że coś jest nie tak a prawdziwe, czyli naprawdę ciężkie podejście właśnie się zaczynało. Dawno za nami zostawiliśmy rzeźkie ścieżki deszczowego lasu, łatwe szlaki alpejskiej roślinności i superwygodne pustynne trasy w środkowych partiach Kili. Zdążyliśmy zapomnieć o spotkanych żródłach górskiej wody, ciekawskich ptakach i tylko tu rosnących, kosmicznych drzewach “senecio”, które nigdy nie gubią liści. Dziś mieliśmy przed sobą tylko bezduszne kamienie i piach. Pierwsze kilkaset metrów brnęliśmy przez sypiący się żwir. Każdy krok był tonięciem buta w powulkanicznym suchym błocie i walką o jego wyciągnięcie. Przewodnik krzyczał ”pole, pole”, co oznacza “powoli, powoli” a my, zgodnie z komendą ruszaliśmy, się jak muchy w smole. Nachylona pod kontem 45 stopni powierzchnia wycisnęła ze mnie całą chęć oglądnięcia wschodu słońca na tym afrykańskim wulkanie. Nie mogłem jednak pokazać synowi, że można w życiu tak po prostu wycofawać się i chąc nie chcąc, szedłem dalej…
Na kolejnej powierzchni, która była wielkimi skałami, obok których musieliśmy się dosłownie przeciskać, straciłem resztki sił i woli walki. Temperatura spadła do minus 10 stopni i ogarniał mnie straszny ziąb. Nie mogłem iść dalej a każda minuta przerwy była zgodą na błyskawiczne oziębienie organizmu. Trzeba było iść do przodu albo w dół, do stacji. Zakomunikowałem Wojtkowi, że będę wracał, ale on nie chciał nawet o tym słyszeć. “Tatusiu, daj mi swój plecak, to go trochę ci poniosę” – ta propozycja 13 letniego syna trochę mnie zawstydziła i dała do wiwatu. “Co z tobą, stary capie, dzieciak prze do przodu a ty się łamiesz?” – coś we mnie drwiło w środku a Wojtas złapał moją rękę i pociągnął w górę.
Po 5 godzinach dotarliśmy do wysokości 5.600 metrów, co oznaczało, że jesteśmy już naprawdę blisko celu. Za plecami zostawiliśmy wielkie głazy i od razu zaczęło nam ich brakować. Brnęliśmy po szycie zupełnie nie osłonięci przed wiatrem. Im wyżej wchodziliśmy, tym niższa była temperatuta i teraz sięgała 14 stopni poniżej zera. Nie mieliśmy na sobie nawet pożądnej ciepłej kurtki. Założyliśmy tylko po 2 polary i nasze przeciwdeszczowe kurteczki. Na nogach mieliśmy dwie pary nieogrzewanych wyprawowych spodni, więc zaczęliśmy trząść się, jak galarety. “Keep in going, don’t stop” – poganił nas przewodnik pokazując daleko w górze światełka Japończyków, którzy już dawno pognali bez nas na szczyt.
Obok nas prezentowały się lodowce. “To jakaś fotomorgana…? Lodowce w Afryce…?” – przez chwilę miałem wrażenie, że śnię, albo może już zamarzłem. Uderzenia wiatru przypominały mi jednak, że ciągle zamarznięcie jest jeszcze przede mną a lodowce naprawdę stały twardo i straszyły moją podświadomoć. Kilimanjaro ma ich ze cztery i wcale nie zamierzają odpuścić. Najwyższy sięga 6 metrów i jest przepiękny. Wchodząc jednak na szczyt człowiek zupełnie nie ma ochoty na jego podziwianie, woląc raczej spotkać chatkę z krasnolódkami rozpalającymi kominek.
Nie wiem, jak. Nie wiem, kiedy, ale nagle zobaczyłem wbite w śnieg deski z napisem: “Congratulation”. Wojtas pierwszy wszedł pod napis prezentując całemu światu swoje zwycięstwo. Tą górę zdobyłem dzięki synowi. Gdyby nie on, wycofałbym się na pewno. Zbliżając się do syna puściły mi nerwy. Przytuliłem twardziela i zacząłem płakać, jak dziecko. Przez łzy poczułem, że Wojtek też szlocha. Wyrzuciliśmy z siebie dwie potężne spazmy płaczu. Staliśmy na szczycie naszego zmęczenia i płakaliśmy razem. Ojciec i syn. I najwyższa góra Afryki. Ten wspólny płacz stworzył na chwilę między nami jakąś niesamowitą więź. Nie czułem nawet zimna. Minus 15 stopni moje ciało traktowało, jak upały z Zanzibaru. Było mi ciepło w objęciach mojego dzielnego syna.
Nie umiałem znaleźć tym razem żadnej motywacji a tanzańska komercha i sztuczność pierwszych dni wspinaczki dołożyły swoje. Bez odpowiednio silnej motywacji i wewnętrznej decyzji nie osiągniemy nigdy sukcesu. No chyba, że ma się koło siebie silnego 13-latka. Gdy schodziliśmy, zapytałem Wojtka, co go niosło tak zdecydowanie na szczyt. Odpowiedział bardzo prosto: “jak to co, przecież włożyłem w tą wspinaczkę wszystkie moje dolary i co, miałbym je stracić???” – Cóż, bardzo jasno i rzeczowo.
Kilka godzin później Wojtek wyjawił mi jeszcze jedno: “Tato, tak na prawdę to ja też chciałem zrezygnować. Gdy przygotowywałem się, żeby ci o tym powiedzieć, to zacząłeś strasznie narzekać. Potrzebowałem twojej pomocy, ale ty okazałeś się słabszy i musiałem ci pomóc. Ten mój płacz na szczycie, to był płacz szczęścia, że pomogłem mojemu tacie wejść na tą straszną górę…”