Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE


Cocogate na Zanzibarze

Kokosowy incydent zmienił nasz pobyt na Zanzibarze. Trzeba było uciekać w środku nocy, bo pomysłowi mieszkańcy zobaczyli w nas bankomaty do wypłaty gotówki, bez konieczności posiadania kart i pinkodów. Jak do tego doszło? Bardzo prozaicznie.

Pewnie każdy z Was zastanawiał się, jak czarnoskórzy ludzie potrafią wspinać się na palmy. Gdy robią to małpy, to jakoś przyjmujemy to normalnie, ale gdy facet albo dziecko zdejmują buty i zasuwają w górę 20 metrów, po totalnie pionowym drzewie, to nas inspiruje i skłania do myślenia o wygląd Adama i Ewy… Ja obserowałem te zręczności na Kubie, gdy konsumowaliśmy na plaży Varadero Havana Club z limonką i kokosowym sokiem. Za każdym razem, gdy kończyła się popitka nasz kubański przyjaciel “wskakiwał” na palmę i zrzucał kokosy a my zastanawialiśmy się tylko, w którym kiosku kupić lód.

Skok na 6 kokosów

Pan Marek, po kilku dniach w Zanziresorcie, wysłał nas do Matemwe, po wschodniej stronie Zanzibaru. Zatrzymaliśmy się w małym domku, który stał 4 metry od plaży, pośród dziesiątek kokosych palm. Pewnego popołudnia, spacerując po plaży uznałem, że jestem gotowy do kokosowej próby. Znalazłem palmę, która pomyliła pion z poziomem i wyrosła prawie równoległe do piasku. Odważnie wspiąłem się na jej szczyt i z dumą zrzuciłem 6 kokosów. Nagle obok kadego kokosa pojawiło się, niewiadomo skąd 2 lub 3 Czarnych, którzy razem krzyczeli: “Biały złodziej!!!”

Po drzewie, jak Tarzan

Okazało się, że feralna palma, wyrosła złośliwie 25 centymetrów za granicą ziemi pana Marka i mam przechlapane. Zsunąłem się z drzewa i spokojnie tłumaczyłem czarnym braciom, że nie jestem złodziejem. Palma rosła sobie na plaży i specjalnie chyba nikogo nie informowała o swojej prowidencji. Wokół nie było żadnego płotu, tabliczki ani informacji o jej przynależności do kogokolwiek. Tłumaczyłem, że w Polsce nie mamy drzew kokosowych i ta wspinaczka była dla mnie wielkim przeżyciem. Chciałem nawet opowiadać o moich atawistycznych odczuciach, podczas mozolenia się do góry, mistycznym połączeniu z przodkami i wrażeniu, że walczę o pożywienie, jak Tarzan, albo Robinso Cruzoe. Przeprosiłem wszystkich oficjalnie i podziękowałem za lekcję. Nie wiedziałem, że w Afryce każda palma ma swojego właściciela i skakanie po niej, wymaga oficjalnych zgód. Panowie wysłuchali mnie i po naradzie zaproponowali finansowe rozwiązanie afery, wyceniając każdy owoc na 10.000 tanzańskich szylingów. Nie mogłem przystać na tą braterską ofertę w świetle ceny rynkowej, która nie przekraczała 1 tysiąca szylingów za wszystkie 6 sztuk…

Afera “Cocogate”

Wobec tak diametralnej różnicy zdań, nie doszliśmy do porozumienia i zaostrzając kokosową aferę, panowie wezwali policję. Tutaj stróże prawa nie mają zwykle samochodów, więc przywędrowali z sąsiedniej wioski dopiero następnego dnia. Jeden z naszych sąsiadów postanowił zostać lokalnym wywrotowcem i poinformował nas, że zbliża się moment aresztowania. Gdy dowiedzieliśmy się o wizycie panów w mundurach, uznaliśmy, że lepiej będzie wycofać się po cichu plażą i wyjechać do Stone Town. Bałem się, że wycena mieszkańców zostanie jeszcze bardziej wypaczona, przez chętnych wynagrodzenia za długi marsz, trzech policjantów. Miałem nadzieję, że w ten sposób sprawa się zakończy. A jednak…

Stone Town

W Stone Town nikt nie wiedział o moim przewinieniu i spędzieliśmy tam fajny dzień. Pod osłoną nocy przyjechaliśmy po cichu do domku, planując ranne wycofanie się na kontynent, zamierzaliśmy położyć się spokojnie spać. Przed domkiem czekała na nas jednak niespodzianka. Wzmocniona grupa lokalnych przyjaciół czekała na nas już z informacją, że postanowili pełnić straż do rana. Wtedy miała znów pojawić się policja. Rozłożyli obóz na przeciwko drzwi i głośnymi rozmowami demonstrowali przewagę. Przygoda przestała nas w tym momencie bawić. Przed drzwiami mieliśmy 10 podnieconych facetów, którzy już pewnie planowali, co sobie kupią za moje pieniądze, które będę im jutro wypłacał w strachu przed aresztowaniem. Pierwszy raz w tej podroży zaglądnął nam strach w oczy.

Pierwszy strach w wyprawie

Luśka bała się wyjść do toalety (czyli w krzaki), co było “delikatnym” utrudnieniem pobytu, bo w budowie jeszcze domek, nie był wyposażony w żadne media. Domek oświetlaliśmy sobie świeczkami a przez blokadę miejscowych nie mieliśmy dostępu do “prysznica”, czyli pobliskiej studni. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, bo panowie hałasowali i ciągłymi telefonami, dawali do zrozumienie, że zjedzie się tu zaraz pół wioski i dwa garnizony policji. Po wielu strasznych historiach o atakach na białych, którymi zostaliśmy nafaszerowani w RPA, zaczęliśmy się niepokoić o dalszy ciąg nocy. Luśka rozpłakała się na dobre, gdy w ciemnościch rozległo się pukanie do drzwi. To było wezwanie na rozmowę, które (tym razem i ja pożądnie wystraszony) natychmiast odrzuciłem, mówiąc, że moja rodzina śpi i spotkamy się rano przy policji. Spoceni, zmęczeni i wręcz przerażeni weszcie zasnęliśmy.

Komandoska akcja

Znając tutejsze podejście policji, która jest bardzo otwarta na fundusze niezorientowanych turystów, nie miałem najmniejszej ochoty na spotkanie z policją. Nastawiłem sobie budzik na 4 rano i po cichu opuściłem domek. Jak komandos ominąłem śniącą o złotych kokosach, grupę obrońców lokalnej fauny. Po godzinie dotarłem do umówionego miejsca i zaszyłem się w krzakach na skrzyżowaniu, poza “gościnną” wioską. O 7 rano dołączyła do mnie Liza z dziećmi, zapewniając strażników, że śpię w domku i spokojnie czekam na policję.

Kilka godzin później zjedliśmy śniadanie w Zanziresort, uściskaliśmy pana Marka, Miłosza i Magdę a potem wsiedliśmy na pokład rejsowego katamarana “Kilimanjaro” i popłynęliśmy na kontynent. Już więcej nie zobaczyliśmy “przyjaciół” z plaży w Mokamwe i “afera 6 kokosów” na zawsze pozostała niewyjaśniona…

Woły i osły

Mimo tej kiepskiej przygody Zanzibar będę miło wspominał. Wyspiarze żyją często, jakby czas się zatrzymał. Tu, na Zanzibarze bardzo dokładnie można to zaobserwować. Na drogach mijaliśmy często wozy, ciągnięte przez woły. W wiejskich sklepach można było kupić dla nich brony. Na polach widzieliśmy obrazki, jak XVIII wieku w Europie, gdy ludzie, razem z parą wołów orali swoje pola. Osiołki na zanzibarskiej wsi, to normalny widok, bo wykorzystuje się je, jako środek komunikacji. Przy samej stolicy Georg Town wszedłem do stoczni, w której, bez jednego gwoździa, powstawały lokalne łodzie rybackie. Drewniane szkielety przyszłych statków wyglądały, jak dzieła sztuki. Były perfekcyjne. Każda deseczka sprawiała wrażenie uciętej laserem a nie zwykłą ręczną piłą.

Dobry muzumałnin

Zanzibar jest w 99% muzułmański w przeciwieństwie do kontynentalnej części Tanzanii, w której dominuje chrześcijaństwo. Na ulicach mija się kobiety w chustach na głowach i nierzadko z zakrytą całą twarzą. Rankami słychać “Akbar Allah”, czyli płynące z meczetów, wezwania do modlitwy. Ludzie pozdrawiają się “salamalejkum” a w sklepach nie można kupić alkoholu. Wąziutkie uliczki centrum Georg Town przypominają typowe muzułamańskie miasteczko, w którym panowie spędzają czas przy herbacie i kawie a panie ogarniają cały świat.

TOP

Moje wspinanie się po zanzibarowej palmie prawie doprowadziło do kryzysu między Polska a Tanzanią...

Cocogate na Zanzibarze