Salezjanie w osobach księdza/szefa Ryszarda Łacha oraz polskich wolontariuszy przyjęli nas solą i chlebem. No prawie, bo zamiast chleba dziewczyny upichciły ruskie pierogi. Po 120 dniach “amerykańskiego” jedzenia smakowały, jak niebo w gębie. Luśka zjadła z 15 pierogów i otarła się o wybuch brzucha.
Wojtek, po mszy św. bawił się cały wieczór z miejscowymi wychowankami. Patrząc z boku nie można było zauważyć ich nieszczęścia. Mili, uśmiechnięci chłopcy zupełnie nie dawali po sobie poznać, iż każdego z nich przywiodła tu, do Salezjanów jakaś straszna tragedia. Jeden, nigdy nie widział ojca, innego wychowywała babcia, bo rodzice zupełnie nie interesowali się nim. Inny stracił mamę, gdy pijany ojciec oblał ją w kłótni benzyną i podpalił.
Jeszcze inny chłopak z górskiej miejscowości Arequipa, po śmierci matki był wychowywany przez ciotkę. Ojciec nigdy nie interesował się nim, podobnie jak ciotka. Jednak bez zgody sądu nie mógł mieszkać u Salezjanów, dzięki którym w kilka miesięcy podciągnął się w nauce i nabrał chęci do normalnego życia. Właśnie do niego jechał dziś rano ksiądz Ryszard, przejeżdżając przez Pisco.
Zabraliśmy się razem. Pobudka o 4,30. Pyszne śniadanie z świerzymi bułeczkami i wyjazd po 5 rano. “oj, jak smutno mi opuszczać Limę, spotkałam tu tylu fajnych ludzi”- westchnęła Luśka. Ryszard odpowiedział: “nie martw się, będziesz ją jeszcze żegnała z połtórej godziny…”
Lima jest ogromna i przepiękna. Po nowoczesnej części miasta, którą oglądaliśmy wczoraj z Marią, dziś Anibal opowiedział nam o starej Limie. Nie mieliśmy dużo czasu, więc musielismy zrezygnować z muzeum złota. “Tylko koniecznie musicie zobaczyć “Museum del oro” – tak nas żegnała Maria. Hmmm. Nikt nie odważył się jej przyznać, że nie daliśmy rady. Przejazd przez limeńskie korki i lawirowanie pomiedzy peruwiańskimi kierowcami należy do nielada zadań a my nie chcieliśmy się stresować. “Ja dzielę kierowców na dwie grupy: na tych, co umieją jeździć i na tych, którzy trąbią” - zwierzył się nam podczas kolejnej ulicznej walki o zmianę pasa, Anibal.
Tu trąbią wszyscy a w zamian nikt nie używa kierunkowskazów. Każdy jedzie, jak chce i jak uważa za stosowne a policjanci ograniczają się do gwizdania i wymachiwania rękoma na skrzyżowaniach. “Słuchajcie, w Limie na ulicy trzeba zaraz po zdaniu egzaminu na prawo jazdy, jak najszybciej zapomnieć wszystko, co nauczano na kursie. Inaczej nie dacie rady jeździć w tym mieście.” – douczał nas jeszcze Anibal.
Uzgodniliśmy, że jedziemy do centrum i zwiedzimy to, co się uda zobaczyć podczas spokojnego spaceru. Zatrzymaliśmy się tylko w “Parque Polonia” z pomnikiem profesora Habicha- twórcy pierwszej peruwiańskiej technicznej szkoły wyższej oraz podczas ulicznej demonstracji.
Na głównym placu Limy nazwisko polskiego architekta Małachowskiego, (którego synowie nadal tu pracują, w zawodzie ojca) jest dobrze znane. Małachowski przebudował pałac prezydenta, ratusz i siedzibę biskupa. Niedaleko stąd stoi budynek kolei państwowych, który był przez wiele lat stacją początkową andyjskiej kolei Malinowskiego. Polskich akcentów jest jeszce więcej. W kościele Franciszkanów wisi obraz Czarnej Madonny z Częstochowy a pomników polskiego papieża Jana Pawła II jest w Limie chyba ze trzy. Przejeżdżaliśmy też obok pięknego muru, na którym każde z dużych peruwiańskich miast ufundowało w hołdzie Wojtyle mozaikę.
Są miasta, które opuszczamy z uśmiechem. Są inne, do których chcemy kiedyś wrócić. Podobnie jak Lusia, wszyscy zostawiliśmy Limę, trochę smutni z odczuciem jakiegoś niedosytu. Cóż, planujemy tu wrócić za… 10 lat i jedziemy dalej.
Do Pisco jechaliśmy 4 godziny przez pustynie Paracas. Ryszard pruł busem, jak szalony. Nie zatrzymał się nawet w małej miejscowości, która słynie w Peru z potrawy zrobionej z kotów. Niestety nie zauważyłem jej nazwy, więc nie będę mógł wrócić. Nie wiem nawet czy byłoby to możliwe, bo po stwierdzeniu, że spróbowałbym tego, Lizka z Luśką nie rozmawiały ze mną przez 2 godziny.
Nie zatrzymaliśmy się też w kolejnym ciekawym miejscu, gdzie przy ulicy były wystawione beczki i butelki z winem. Nie przejąłem się, bo jechałem do Pisco a narodowy drink Peru to “pisco sur”. Okazało się jednak, że wycieczki na Ballestas startują nie z Pisci, tylko z Paracas, więc i z pisco sur sprawa się rypła. Gdy dzień później zobaczyłem w Nasca stoisko z regionalnymi napojami, wiedziałem, że nie odejdę bez próbki. Tu robią wina z winogron i innych owoców. W Nasca kupiłem na spróbowanie butelkę wina z fig. Było całkiem ciekawe.
Do Paracas dojechaliśmy koło 9 rano i od razu rzuciliśmy sie w poszukiwanie wycieczki na tzw. małe Galapagos. Islas Ballestas tak właśnie są nazywane. Cztery dni w na ekwadorskim Galapagos kosztowało około 10.000 zł. Zrezygnowaliśmy. Jedna godzina na Bellestas kosztuje 35 dolarów i tą wycieczkę wykupiliśmy.
Tysiące pelikanów, mew i pingwinów Humboldta (od zimnego prądu okalającego całe peruwiańskie wybrzeże) najpierw poczuliśmy a dopiero później zobaczyliśmy. Ptasie łajno ŚMIERDZI niemiłosiernie. Miliony ptasich kup zmultyplikowane totalnym brakiem deszczy daje efekt smrodu wszechczasów. Miłośnicy “guano” zbierają je do dziś, ale nie chciałbym takiej pracy ☺
Dzieci szalały, gdy zobaczyły foki. Ciekawskie zwierzęta wylegiwały się wysoko na kamieniach a my zastanawialiśmy się, jak one wspinają się po skałach. Niektóre z nich naprawdę wysoko doszły w poszukiwaniu wygodnego kamyczka.
My tu nic wygodnego nie znaleźliśmy. Mieliśmy zaproszenie do rozbicia namiotu na plaży, ale gdy zobaczyliśmy pełno psich kup na piasku i jedżące samochody z wielkimi przyczepami na łodzie, stwierdziliśmy, że spadamy do Nasca. W końcu to wielki płaskowyż. Powinniśmy więc bez problemu znależć miejsce na rozbicie namiotu.