Pierwszy raz w życiu przekroczyłem barierę 6 tysięcy metrów. Przed podróżą dokoła świata największym osiągnięciem była zdobyta Babia Góra. Ma zaledwie 1.725 metrów n.p.m. To śmiech przy wysokościach andyjskich Kordylierów.
Ta rodzinna wyprawa jest poznawaniem nieznanego i poszukiwaniem własnych granic. Jedną z nich jest cierpliwość do dzieci. Gdy wracałem w Polsce zestresowany z pracy, nie miałem odporności na wybryki dzieciaków. Zaraz były nerwy i niepotrzebne wybuchy złości. Przez ten rok wyprawy uczę się na nowo patrzeć z dystansem na maluchy. Nie jest łatwo. Dzieci jadą przez świat kolejne tysiące kilometrów i czasami nie odrywają przez godziny wzroku od autokarowych monitorów z bajkami. Cholera, po co wydawałem pieniądze na tą podróż? Mogłem kupić im kilka filmów przyrodniczych i zostawić w Toruniu… “Spokojnie Wojtek, oddychaj głęboko”
Na tak wysokim wulkanie chciałem poszukać kolejnej granicy. Jaką mam odporność fizyczną? Gość w agencji alpinistycznej zapytał o doświadczenie. “What? Baaabaaa?” Hmmm, zupełnie nie podzielił mojego zadowolenia z nocnego wejścia na Diablaka, ale do grupy wpisał.
Nie przyzwyczajony do wspinaczki już pierwszego dnia dostałem w kość. Było bardzo ciężko. Co chwila łamałem mój charakter i parłem do przodu. Wszystko dookoła jakby zmówiło się, żeby mi utrudnić to wejście. Już w obozie noclegowym na wysokości 5.300 metrów dopadła mnie choroba wysokościowa. Pękała głowa, traciłem oddech i wymiotowałem. Przy rozkładaniu namiotu upadłem na ziemię. Zbyt szybko schyliłem się po śledzia i zabrakło tlenu. Bęc na ziemię. To niesamowite, ale czułem różnicę w zawartości tlenu obok mnie, gdy stałem i kucałem. Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego. Na Babiej nie miewa się takich problemów…
W ranną pobudkę a raczej nocną, bo przewodnik zwalił nas z karimat o 1 w nocy, doszła jeszcze biegunka. Co mi zaskodziło? Gulasz z alpaki? Hmmm, jadłem go w prawdzie pierwszy raz w życiu, ale mięso było świeże i nikt z grupy nie narzekał. “Zaszkodził tylko mi?” – myślałem. Nie wiem, ale to coś przywiązało mnie do dziury w ziemi na dobre pół godziny. W tym czasie wszyscy zjedli śniadanie i zaczęli powoli wychodzić z obozu. Ja byłem odwodniony i nie mogłem nic włożyć do ust. Trzęsły mi sie ręce z głodu a nie mogłem przełknąć ani kawałka chleba. Nie dawałem rady wypić choć łyka wody.
Z sąsiedniego namiotu dochodziło smaczne chrapanie Andersa. To Szwed, który już wczoraj zrezygnował. Gdy poczuł, że brakuje mu powietrza wystraszył się i oznajmił przewodnikowi, że poczeka w obozie na wszystkich. Teraz spał sobie w najlepsze. Ja też chyba zasnąłem na kilka minut, ale zaraz się przebudziłem.
Wstałem, gdy grupa już była w drodze od godziny. 99 procent mojego ciała nie chciało iść, ale ten jeden mały procent psychiki wygrał! Powiedziałem sobie, że spróbuję. Przyjechałem tu, aby wygrać z tą górą. ”Muszę więc chociaż spróbować.”
Wygrzebałem się ze śpiwora i ubrałem sprzęt. Wepchnąłem w siebie resztki śniadania grupy i zapakowałem owoce w plecak. Wychodząc z obozu nadal słyszałem chrapanie. “Ale ma fajnie” pomyślałem. Rozpocząłem podejście po prawie pionowej, piaskowej górze. To była jakaś masakra. Noga wpadała w piasek po kostkę a ja miałem piąć się pod górę. Robiłem odpoczyek, co trzy kroki do góry.
Byłem sam w zupełnej ciemności. Zasypiałem, wstawałem i szedłem dalej. Znów zasypiałem na piasku lub skałach i budziłem się. Tak kilka razy. Grupa była coraz dalej. Gdzieś w oddali, z tysiąc kilometrów przede mną, ruszały się malutkie światełka moich towarzyszy. Było mi raźniej, że i oni pewnie mnie widzą. Brnąłem dalej. Na oko oceniałem ich szlak.
Latarka czołówka była jedynym małym oświetleniem, które miało mnie prowadzić na szczyt. Pewność poprawności obranego szlaku dawały mi świetlne punkciki przede mną. Do czasu. Nagle przeraziłem się, gdy ich latarki przestały świecić. Weszli na wypiętrzenie i zniknęli mi z oczu. Problem tkwił w tym, że zupełnie nie znałem drogi a od tego momentu, musiałem wyszukiwać po omacku śladów, bo butach mojej grupy.
Zacząłem wspinć się jeszcze wolniej. Kilka razy musiałem wracać do ostatniego widocznego śladu i zaczynać od nowa tropienie. Przeszedłem tak w pionowej linii prawie kilometr. Uratował mnie wchód słońca. Teraz mogłem wreszcie sam ustalić trasę na szczyt. Nie było szans na dogonienie moich ludzi. Nie dawałem rady iść szybciej, ale przestałem tracić czas i siłę na powroty.
Szedłem coraz spokojniejszy. “Uda się. Dasz radę. Przyszedłeś tu, żeby wygrać” – wzmacniałem się psychicznie. Coraz większe samozadowolenie ktoś nagle przerwał. Przed samym szczytem dopadł mnie przewodnik lżąć jak burą sukę, za to że samowolnie i w pojedynkę opuściłem obóz. “Kogo miałem pytać o zgodę? – krzyknąłem wkurzony - Przecież w obozie został tylko śpiący Anders…”
Chachani jeszcze kilka lat temu miał na szczycie lodowiec. W 2008 roku lód całkowicie stopniał i teraz śnieg utrzymuje się tylko na najwyższych partiach góry. Zamrożone jednak przez miliony lat skały, pękają pod wpływem słońca i spadają w dół. Każdego sezonu ginie tu ktoś, kto nie zdąży odskoczyć przed spadającym głazem. Pierwszego dnia mijaliśmy skałę, wielkości ciężarówki, która, kilka godzin wcześniej stoczyła się obok schodzącej ze szczytu grupy.
Tego bał się przewodnik. Zdenerwowany kazał mi natychmiast wracać do obozowiska. Popatrzyłem na mój gps. Brakowało 200 metrów do szczytu. Nie mogłem wykonać jego polecenia. Przeszedłem obok krzyczącego faceta i ruszyłem dalej.
Półtorej godziny później wyjąłem z plecaka biało-czerwoną flagę. To było coś niesamowitego. Patrzyłem na świat z góry i czułem się jak Kukuczka albo Marek Kamiński. Niby nie zrobiłem nic wielkiego, to przecież “tylko” 6 tysięcy metrów. W Peru takich szczytów jest na pęczki. Dla mnie ten jednak był szczególny, bo w sercu byłem dumny z samego siebie. Złamałem się. Wstałem z tej cholernej karimaty i wyszedłem z namiotu. Dałem radę!!!