Wreszcie tu dotarliśmy! Miejsce pielgrzymek wszystkich Peruwiańczyków i milionów turystów. To chyba największa atrakcja świata. Machu Picchu był od samego wyjazdu jednym z głównych celów naszej wyprawy. Kolejny z listy, odwiedzanych przez nas, cudów świata. Po meksykańskim Chichén Itzá przyszła kolej na Machu Picchu.
Planowaliśmy uroczyste wejście do tej metropolii starożytnych Inków. Jeśli można nazwać uroczystym 3 godzinny marsz po torach kolejowych, to tak właśnie się stało. Weszliśmy bardzo uroczyście. Wykonaliśmy nasz plan, ale kolejne wydarzenia były dla nas kompletnym zaskoczeniem. Każda godzina wypadu do Machu Picchu przynosiła nam nowe niespodzianki. Poszukiwania przez policję, najdroższy chyba pociąg świata, lawina, która zamknęła nas w górach na ponad 24 godziny, nocleg w pokoju z 12 łóżkami i parę innych przygód, zapewniły nam wrażenia, jakich jeszcze nie mieliśmy w tej podróży. Ale po kolei.
Zaczęło się świetnie. “Maria Kralewska” opiekujące się nami spontanicznie biuro podróży zaproponowało nam idealne rozwiązanie na zmniejszenie wielkich kosztów wyjazdu do Machu Picchu. Mówiąc wielkich kosztach naprawdę nie żartuję, bo bilet na pociąg z Cusco do Aquas Callientes, pod Machu Picchu kosztuje w dwie strony za jedną osobę około 240 dolarów. Do tego trzeba dodać bilet za 132 zł os osoby na Machu Picchu oraz przejazd autobusem za 200 zł za naszą rodzinę.
Rozwiązaniem było dołączenie się do szkolnej wycieczki gimnazjalistów. Istniało tylko jedno małe ryzyko, polegające na zdaniu się na nauczycieli i odłączeniu się od biura. Szkoła jechała na własną rękę i biuro nie miałoby żadnego wpływu na nas. Ale jakie to tam ryzyko… Obydwoje moich rodziców to nauczyciele i wiem, że “odpowiedzialność” (często do przesady) mają wpisaną, jako drugie imię.
Wyjazd ustaliliśmy za 2 dni na godzinę 6 rano. Od tej pory zatem karty zaczęli rozdawać nauczyciele i od razu zaczęły się niepodzianki. Następnego dnia o godzinie 7 rano dowiedzieliśmy się, że wyjazd zaczyna się za … godzinę. Cóż było robić. W eksperesowym tempie wstaliśmy i bez śniadania dojechaliśmy do autokarów.
W pośpiechu opowiedzieliśmy dzieciom o naszej wyprawie i ruszyliśmy w 6 godzinną podróż. Wyjechaliśmy z leżącego na wysokości 3.400 metrów n.p.m. Cusco do Ollantaytambo, które mieści się już nizej, bo na wysokości 2.800 metrów n.p.m. Potem wzdłóż rzeki URUBAMBA aż do AGUAS CALIENTE. Tam zaczyna się już tropic i początki dżungli, zwane tutaj BRWI DZUNGLI - CEJA DE SELVA. Jechałem z chłopakami a dzieci z Lizką w drugim aucie z dziewczynami. Po wyjściu z autokaru czekał na nas jeszcze 3 godzinny marsz wzdłuż torów kolejowych. To sposób na ominięcie najdroższego pociągu świata. Brak dróg wykorzystuje prywatna firma “Perurail” i winduje ceny biletów do niepotykanego nigdzie indziej poziomu. Na koniec dotarliśmy pod MACHU PICHU, co oznacza stara góra. Ruiny znajdujące się na wysokości 2.400 metrów n.p.m. opływa rzeka URUBAMBA, gdzie z tzw. domku strażnika można ją podziwiać z dwóch stron. Tak to cudownie inżynierownie Inkascy zbudowali z ruin Machu widać piękną zarośniętą tropikalną roślinnością dualną górę HUAYNA PICCHU, czyli po quchua nowa góra, na której rośnie około 50 gatunków storczyków.
Obawiałem się o Luśkę, bo tak długi marsz po wielogodzinnej podróży autokarem nie należy do przyjemnych i łatwych. Ta jednak, otoczona nowymi i dużo starszymi koleżankami nawet nie pomyślała o zmęczeniu.
Na miejsce dotarliśmy koło 19 godziny. Aquas Callientes jest tak małe, że nie ma szans na rozbicie namiotu, poza wyznaczonymi campingami. Kilka ulic, tworzących tą 100% turystyczną miejscowość pęka w szwach od restauracji, barów, sklepów z pamiątkami, hoteli i hosteli, z których najtańszy kosztuje 100 zł za pokój.
Trzymając się naszej zasady o niekorzystaniu z hoteli, pożegnaliśmy uczniów pod ich noclegiem i ruszyliśmy na camping. Wszyscy mieliśmy minorowe miny, bo zaczynało padać. Nic nie mówiąc dzieciom rozważałem czy nasze namioty, dadzą radę podczs górskiej burzy…
Nie musiały, bo nagle idący na przodzie Luśka z Wojtkiem przybiegli do nas i powiedzieli, że jakaś miła pani chce porozmawiać ich rodzicami. Szefowa salonu kosmetycznego stwierdziła, że mamy piękną córkę i bardzo duże plecaki. Zaprosiła nas do swojego zakładu i zaoferowała nocleg. Luśka po raz kolejny “załatwiła” nam nocleg. Kiedyś zagadała z Wojtkiem w Nikaragui w autobusie jednego gościa, który okazał się przemiłym facetem z Kostaryki. Po kilkugodzinnej podróży dzieci przedstawiły nam swojego nowego kolegę. Julio był profesorem na uniwersytecie i 30 lat temu studiował w Polsce. Poszliśmy z nim na małe nikaraguańskie piwo i przyrzekliśmy, że na pewno go odwiedzimy. Tak też zrobiliśmy. 3 tygodnie później zatrzymaliśmy się u niego 4 noce w San Jose, stolicy Kostaryki.
Po raz kolejny też w tej podróży problem noclegu i niekorzystania z płatnych miejsc noclegowych zniknął sam, bez naszej ingerencji. Dziś mija 140 dzień wyprawy, przejechaliśmy 13 państw i nie wydaliśmy ani dolara na nocleg. Kilka razy znaleźliśmy rozwiązanie po godzinie 20, więc było trochę nerwów, ale mały Wojtek zwykle kwitował to swoim powiedzonkiem “kto, jak nie Łopacińscy?”.
Tu każdy miał do wyboru jedno z 3 łóżek do masażu. Byliśmy więc idealnie wyspani, pomimo rannej pobódki. O godzinie 5,20 staliśmy w kolejce po bilet na Machu Picchu. Na Wayna Picchu, gdzie może wejść tylko 400 osób dziennie już się nie załapaliśmy. Bilety na dziś skończyły się miesiąc temu…
Dotarliśmy tu busem o 7 rano. Nie spotykając naszej grupy ruszyliśmy sami do zwiedzania. Formujące się przez 250 milionów lat skały przybrały idealny, antysejsmiczny krztałt. Wielkie trójkąty ostały się przez setki trzęsień ziemi zachowując na szczycie istny skarb: sanktuarium Machu Picchu. Inkowie doprowadzili sobie tu na szczyt wodę i na wysokości 2 tysięcy metrów n.p.m. skoskonstruowali tarasy uprawne. Znali kalendarz i zegar słoneczny. Z zależnymi państwami stworzyli unię. Coś na krztałt Unii Europejskiej. Podstwawą, na której budowali swoją potęgę była koncepcja dualistyczna. W przeciwieństwie do współczesnego indywidualizmu, Inkowie wierzyli, że każda rzecz, każde zwierzę i każdy człowiek ma w wszechświecie swojegu dualistycznego partnera.
Podniosła atmosfera minęła nam jednak, gdy spotkaliśmy naszą grupę. Wjechali na Machu Picchu z dziećmi z 2 godzinnym opóźnieniem. Zmęczeni poprzednim wieczorem nauczyciele sprawiali wrażenie u kresu sił. Jeden z nich nawet nie dotarł do autobusu. Został w hotelu. Dzieci biegały zadowolone a nauczyciele padali z nóg. I po co było tak dużo pić na 2 tysiącach metrów wysokości…
Daliśmy sobie spokój z takim towarzystwem i dalej zwiedzaliśmy sami. Luśka z sobie tylko wrodzonym wdziękiem, zapytała po 5 minutach: “tato, pamiętasz, że mi obiecałeś loda?” . “Tak, Lusiu a podoba ci się to Macho Picchu, wiesz to bardzo ciekawe miejsce” – próbowałem skierować jej uwagę na właściwe tory. “Tak tatusiu, ale ile gałek mi kupisz?”. I tak sobie zwiedzaliśmy.
Na koniec przez 1,5 godziny schodziliśmy z świętej góry. Schodek po schodku, prawie 2 kilometry w dół. Po kamiennych, nierównych schodach ciągle w dół aż do zdrętwienia nóg. Moje mięśnie nie zdążyły zregenerowć się jeszcze po 6-tysięcznym wulkanie a tu znów wysiłek. “Stańcie, bo mi nogi się trzesą” – krzyknęła w połowie drogi Lizka. Ja w tym czasie myślałem, że pomysł ponownego wysłania Luśki autobusem w dół był trafieniem w dziesiątkę. Gdy zobaczyliśmy zabudowania Aquas Callientes powiedzieliśmy sobie “koniec z niespodziankami na dziś!”. Oj jak się myliliśmy…
Na dole okazało się, że pijani od poprzedniego wieczoru nauczyciele zmienili po raz kolejny plan i ruszyli do autokarów, bezpośrednio po sanktuarium. Mieliśmy więc kilku godzinne opóźnienie. Załadowaliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy torami z powrotem. Szliśmy jak szaleni, słońce, deszcz, potem znów słońce. Normalnie jak na biegu “strongman”. Luśka podczas 3 godzinnego marszu ani razu nie zatrzymała się, nie poprosiła o odpoczynek i nie narzekała. To jest dopiero “strongwomenka”.
Dumni dotarliśmy do autokarów, żeby dowiedzieć się, że pijani nauczyciele nie policzyli dzieci. Przy obiedzie okazało się, że brakuje dziewczynki. Jeden ruszył natychmiast w drogę powrotną a drugi pan spokojnie kupił sobie kolejne piwo, mówiąc, że na pewno się znajdzie. Poradziliśmy koleżankom, żeby zadzwoniły do rodziców dziewczyny i na policję. To był dobry pomysł, bo po kilku godzinach policjanci przyprowadzili zgubę. Przygotowywała się do snu w skałach, około 15 kilometrów od nas…
Wreszcie autobusy ruszyły. “Jeszcze tylko 6 godzin jazdy i zakończę to nieporozumienie” – pomyślałem. Niestety znów się pomyliłem, bo w połowie drogi czekała na nas lawina. Spędziliśmy noc w autach, bo spadające kamienie zablokowały drogę. Rano zostaliśmy poinformowani, że szlak będzie przejezdny w poniedziałek, bo dziś niedziela i służby drogowe mają wolne.
Faktycznie. Stojąc przed samymi kamieniami (dosłownie jako 9 auto) nie zauważyliśmy żadnego policjanta, strażaka albo drogowca. Kamienie cały czas się osuwały, co nie przeszkadzało miejscowym śmiałkom przeskakiwać na drugą stronę lawiny. W kilka godzin Peruwiańczycy zorganizowali sobie punkty gastronomiczne. Nie wiadomo skąd poprzyjeżdżały babeczki z jedzeniem, taksówki obsługiwały ruch do i za lawiną. Trzeba było tylko przeskoczyć pod kamieniami. Kilku osobom nie udało się. Dwóch gości wylądowało w szpitalu, bo dostali tak mocno, że koledzy zabierali ich zakrwawionych. Jeden trafiony kamieniem, stoczył się z 15 metrów w dół. Potem wstał, otrzepał się i wspiął na drugą stronę. Inni narzekali tylko na zranienia i siniaki od udzerzeń. Byliśmy w szoku.
Cofnęliśmy się do poprzedniej miejscowości i spędziliśmy z dziećmi dzień na basenie. Nasza “normalna” wycieczka szkolna trwała dalej. 15 letni chłopcy podawali drinki swoim nauczycielom a oni pili je z uczniami. Nie wiem, jak fukcjonuje system edukacyjny w Peru, ale podobno to jest normalne. Oglądałem to z pozycji widza do momentu, gdy małemu Wojtkowi, jeden z nauczycieli nie zaproponował wódki z colą. Wojtek odmówił a on przepraszał nas później tłumacząc się, że pierwsze piwo wypił, gdy mając 11 lat pojechał z klasą na… wycieczkę szkolną.