Wielkim osiągnięciem tej wyprawy jest bycie z ludźmi. Obcowanie z nimi i przyglądanie się ich codzienności. Przez Islas de los Uros przepływa rocznie kilkaset tysięcy turystów. Przyciągają ich “dziwni” Indianie i święte jezioro. Leżące na wyskości 3.850 metrow n.p.m. Titicaca jest najwyżej położonym żeglownym jeziorem świata, po którym pływając łódką można nabawić się choroby wysokościowej i morskiej jednocześnie. Titicaca jest długie na 190 kilometrów i sięga od peruwiańskiego Puno, aż po La Paz, stolicę Boliwii. Woda jest zimna i tylko śmiałkowie decydują się na kąpiel. Większość turystów ogranicza się tylko na wykupienie wycieczki na wyspy. Oglądają prezentacje na temat budowy trzcinowych wysp, robią obowiązkowe fotki i kupują pamiątki.
Nam udało się coś więcej. Na spotkaniu z prezydentem niezależnego narodu Indian Uros, Jose Lujan Lujano zostaliśmy zaproszeni do spędzenia dnia na wyspach i przeprowadzenia prezentacji dla indiańskich dzieci. Wynajęliśmy łódkę i popłynęliśmy do stolicy Manas Pachanamama.
Uros żyją zgodnie z swoją wiekową tradycją prawa YANANTIN i stanowią żywy przykład na funkcjonowanie do dnia dzisiejszego andyjskich rodzin AYLLU. Na dokładnie 87 wyspach mieszka 2.000 osób. Każdą wyspę zamieszkuje od 6 do 10 rodzin, czyli maksymalnie 30 osób. Wszyscy stanowią wyjątkowo małe andyjskie rodziny społeczne „ayllu”, które w czasach Inków potrafiły liczyć po kilkaset ludzi.
Choć obecnie konsumują coraz więcej niezdrowych przetworów z miasta, to nadal ich podstawowe wyżywienie składa się jeszcze z dobroci naturalnych dostarczanych im przez Wielkie Jezioro Titicaca: ryby, ptaki endemiczne oraz sitowie, które zawieraja duże ilości wapna. Nie widziałem jeszcze bielszych zębów od uzębienia tutejszych Indian...
Uros piją wodę z jeziora, której zasolenie powoduje powolny, ale skutecznie naturalny proces osmozy, oczyszczającej odpady organiczne (nawet zabrudzenia, takie jak metale ciężkie z pobliskich kopalń). Naturalnie oczyszczona woda jeziora pozostaje dla nich nadal ważnym źródłem minerałów, potrzebnych do pełnego wyżywienia. Piliśmy na wyspie mate de coca, czyli cherbatę z liści koki i nie czuć było żadnych dziwnych smaków…
Uros wstają bardzo wcześnie. Parę godzin przed wschodem słońca kobiety już przygotują jedzenie na cały dzień i szykują wyspę na zwiedzanie turystów. Mężczyźni naprawiają wyspę, haftują, gotują i pilnują dzieci. Utarty obyczaj polega na zbieraniu się przy kolacji przed zachodem słońca. Nie posiadając elektryczności Uros odbierają zachód słońca, jako sygnał do wypoczynku nocnego. Po kolacji, dzieci bawią się przed snem a dorośli częstując się liśćmi koki siedzą i obgadują rożne tematy z zajęć dnia. Obecnie technologia paneli słonecznych niestety dotarła do niektórych wysp i wprowadza się oświetlenie oraz oglądanie tv…
70% mężczyzn Uros żyje z turystyki, 20% pracuje w Puno a reszta zajmuje się poławianiem ryb i myślistwem. Wielu zarzuca Indioanom Uros, że sztucznie utrzymują swój tryb życia, aby mamić turystów i wyciągać od nich pieniądze. To bardzo niesłuszne zarzuty. Nie wiem, co miałoby mnie przekonać, żeby zgodzić się na mieszkanie na pływającej trzcinie.
Skonstruowane z połączonych metrowych (o nie, nie metalowych) bloków, wyciętych z korzeni sitowia, wyspy cały czas poddają się falom. Po grubej warstwie narzucanych na bloki łodyg trzciny dosyć trudno się chodzi. Każdy krok, to zapadanie się stopy w trzcinę. Podłoga wyspy jest praktycznie cały czas wilgotna. Wystarczy włożyć rękę na 20 cm w jej głąb i można wyżymać sitowie. Każda, również skontruowana z drewna i trzciny chata, jest jednoizbowym pomieszczeniem, w którym się śpi, żyje i gotuje. Nie ma żadnych mebli i ogrzewania. W połączeniu z niskimi górskimi temparaturami stanowi idealne żródło reumatyzmu. Otaczająca człowieka z każdej strony woda pogłębia psychiczne prztłoczenie. Tu pływa praktycznie wszystko. Nawet budynki szkolne, choć niedawno skonstruowane, też są w 100% pływające i muszą być przywiąne liną do wyspy. Dzieciaki przeskakują po schodkach do swoich sal lekcyjnych.
Jestem przekonany, że Uros nie wyobrażają sobie innej formy życia. Tu żyli ich pradziadkowie, dziadkowie i tu ojcowie wychowują swoje dzieci. I bardzo dobrze, dzięki ich wytrwałości możemy “dotknąć” tą unikatową na świecie atrakcję turystyczną. Według historyków byli pierwszymi ludźmi, którzy zamieszkali jezioro.
Titicaca było wyłącznie świętym miejscem pielgrzymek Inków. Na początku XV wieku nie przyjęli zaproszenia, aby być częścią państwa Inków Tawantinsuyo, którego gospodarka opierała się na rolnictwie i hodowli zwierząt. Uros, podobnie jak ludzie buszu amazońskiego żyli ze zbierania i polowania. Mieli wspólny mianownik kosmologiczny z Inkami, ale gospodarczo nie mieli atutów do przyłączenia się do konfederacji.
Niewątpliwie ludzie z państwa Tawantinsuyo i Uros partycypowali wspólnie przy obrzędach. Na stałej wyspie Amantani, gdzie dotychczas Uros obchodzą swoje święte obrzędy, znaleziono dowody na współpracę dwóch społeczności.
Uros nie podporządkowali się też najeźdźcy z Hiszpanii, pakując swoje tratwy i wypływając w głąb jeziora zachowali częściową niezależność. Z czasem przyjęli chrześcijaństwo, które wyznają do dziś. Jest to jednak raczej bardzo powierzchowne i wymieszane z tradycyjnymi wierzeniami. Dzień Świętego Sebastiana jest np. wykorzystywany do połączenia się z dualistycznym kosmosem Pachamama – Pachatata.
Turystyka otwiera im możliwość integracji z współczesnym światem. To niewątpliwie wiąże się z modyfikacją ich obyczajów. Pozostają jednak przy swoim wyborze przebywania na pływających wyspach. Codzienna bliskość natury i bliskość z współtowarzyszami utwierdza ich w wiekowej andyjskiej dualistycznej świadomości kontaktu z przyrodą.
Spanie w chatce z sitowia i mieszkanie na wielkim jeziorze ma wyraźną różnicę w treści życia w porównaniu z przebywaniem w żelbotenowym mieszkaniu. A my wielcy indywidualiści, tłocząc się w milionowych aglomeracjach i jednocześnie nie znając własnych sąsiadów jesteśmy szczęśliwsi…? Czy nie przebywamy więcej czasu w ciągu dnia z naszym szefem i kolegą z pracy, niż z własnym dzieckiem…? Ja nie dziwię się Uros…