El Salvador- państwo tajemnica. Podobnie, jak o Gwatemali i Belize nic o nim nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że są tu wulkany, gejzery i wielkie góry.

Teraz już wiem, bo wczoraj wspieliśmy się zobaczyć piękną lagunę. Wulkaniczne jezioro Laguna Verde znajduje się w kraterze wulkanu o tej samej nazwie i ma podobno potężną głębokość, “nie do zmierzenia:- jak twierdzą miejscowi. Wulkan Laguna Verde to nasz 3-eci wulkan. ten miał 1829 metrów wysokoci n.p.m.

Trudne jest też do wytłumaczenia zachowanie naszego samochodu, który po wyłączeniu silnika jechał sam pod górę. Podobno są tu pod ziemią bardzo silne fale elektromagnetyczne, które wytwarzają takie dziwy. Kto tam wie, co się dzieje pod ziemią w tym El Salvadorze?

Ja wiem od dzisiaj, że pod ziemią są też pokłady gorącej wody i w wielu miejscach widać parujące “dziury”. Podziwiając panoramę gór można zauważyć takie słupy pary. Jeden z nich dzisiaj odwiedziliśmy.

Z ziemi psikała para, jakby z czajnika. Kamienie były aż osmolone od wysokiej temperatury. Gdy gejzer wyrzucał swoją parę w sadzawce, to wszystko bulgotało. Widzieliście kiedyż wielki basen gotującej się wody? Nie? Ja też nie. Tak właśnie można to jednak opisać. Woda tak bulgotała, że strach było podejść, bo co chwila chlapała w innym miejscu wrzątkiem.

Wracając do domu, pojechaliśmy kwiatowym szlakiem “Ruta de las Flores”. To kompleks małych, klimatycznych miejscowości z niepowtarzalną, kolonialną atmosferą. Pełne kawiarenek z lokalną kawą zapraszają do oderwania się od rzeczywistości. Fontanny, kolonialna zabudowa, hiszpańskie kościoły i lokalna gastronomia – żyć, nie umierać!

Concepion de Ataco, Ahuachapan, Apaneca, Juayua(czyt: hułajuła), Nahuizalco, Salcoatitan- można tu się poczuć, jakby czas się zatrzymał. Widzieliśmy, jak ktoś opiekował się bonsajami, z których najstarszy miał 50 lat. Widzieliśmy jak ktoś inny wyrabiał tradycyjną metodą płutno i jak gospodyni przyniosła do młyna miskę kukurydzy, żeby ją zmielić na ciasto do tortilli. Byliśmy świadkami, jak stara kobieta mieliła je a jej syn przygotowywał do mielenia czarnę fasolę na frechol.

Cały czas jeździło z nami 2 policjantów i dwie osoby z Ministerstwa. Oni też w pewnym momencie zaczęli robić zdjęcia i przeżywać te widoki razem z nami. Jakby sami skonstatowali, że też nie znają tych miejscowości. Może żyją tu w pobliżu a nigdy nie przywieźli tu swoich dzieci. Może nie zatrzymali się choćby na chwilę, tylko gnają gdzieś w swoim życiu.

Dobrze, że nasza wyprawa ma takie momenty. Zatrzymujemy się. Nie mamy tu internetu a prąd wyłączają wieczorem. Siedzimy sobie wtedy przytuleni z Lizką i gadamy. Rozmawiamy o życiu, o Polsce i naszej rodzinie. Robimy plany na następny dzień podróży i kolejny rok życia.

Jutro wybieramy się do “Aqua Caliente”- kompleksu basenów z wodą termalną. Mam tylko nadzieję, że ktoś tam będzie sumiennie kontrolował termometr…

TOP
CMSDEMO

Z ziemi psikała para, jakby z czajnika. Kamienie były aż osmolone od wysokiej temperatury. Gdy gejzer wyrzucał swoją parę w sadzawce, to wszystko bulgotało. Widzieliście kiedyż wielki basen gotującej się wody? Nie? Ja też nie. Tak właśnie można to jednak opisać. Woda tak bulgotała, że strach było podejść, bo co chwila chlapała w innym miejscu wrzątkiem.

Wracając do domu, pojechaliśmy kwiatowym szlakiem “Ruta de las Flores”. To kompleks małych, klimatycznych miejscowości z niepowtarzalną, kolonialną atmosferą. Pełne kawiarenek z lokalną kawą zapraszają do oderwania się od rzeczywistości. Fontanny, kolonialna zabudowa, hiszpańskie kościoły i lokalna gastronomia – żyć, nie umierać!

Gejzery