Kolejne państwo - kolejne przygody!!! A więc Kostaryka. O rany jak to się dziwnie pisze po polsku. Tutaj ten kraj nazywają bogatym wybrzeżem: Costa Rica. Dużo osób przestrzegało nas przed Kostaryką, że jest bardzo droga.
Zaczęło się dokładnie odwrotnie. Pierwszy raz zdecydowaliśmy się nie korzystać z dalekobieżnego autubusu międzynarodowego. Tikabus, którym podróżowaliśmy do Meksyku, przez wszystkie granice zastąpiliśmy lokalnymi autobusami o 300% tańszymi. Zamiast 29 dolarów od osoby zapłaciliśmy 11. Z Rivas, w Wenezueli pojechaliśmy chikenbusem na granicę. Tam dopełniliśmy formalności, które czasami trwają godzinami. Julio, który nas zaprosił do siebie w stolicy, przesiedzial na granicy 4 godziny. Każdy turysta musi mieć bilet wyjazdowy z Kostaryki. My jednak pojechaliśmy na żywca. Stwierdziłem, że jak się uprą, to kupię bilety do Panamy w agencji turystycznej na granicy.
Nie uparli się. Urzędnik zapytał ile zamierzamy pozostać w Kostaryce i poprosił o bilety wyjzdowe. Na nasze zdziwienie zareagował informacją, że może dać nam najwyżej wizę na 7 dni. Po negocjacjach ustaliliśmy 10 dniową wizę i pojechaliśmy dalej. Najpierw busem dostaliliśmy się do Liberia. Tam przesiedliśmy się w kolejny autobus do Canas a potem do Tilaran.
Tu zrobiła się 20 godzina i lokalne busy przestały kursować. Zostaliśmy na dworcu małej miejscowości bez pomysłu na nocleg. Sytuacje “trochę” pogarszał lejący się z nieba deszcz. Wyszedłem z Luśką kupić coś do jedzenia i zobaczyłem niedzielne nabożeństwo w kościele. Na mszy św. byliśmy rano w Nikaragui, więc nie wybierałem się do kościoła. Widok jednak modlących się ludzi, przypomnał mi list polecający, który otrzymaliśmy za pośrednictwem księdza Mariusza, dyrekora szkoły Wojtka, od szefa prowincji Salezjanów w Polsce. Wziąłem więc pod pachę rekomendacje i poszedłem porozmawiać z księdzem.
Godzinę poźniej siedzieliśmy już w pizerii z proboszczem parafii i cieszyliśmy się wyśmienitą pizzą i lóżkami w centrum pastoralnym. Rano wsiedliśmy do kolejnego busa o po 2 godzinach objazdu jeziora Tilaran dojechaliśmy do Fortuna. Mała, turystyczna miejscowość, leży u stóp czynnego wulkanu o tej samej nazwie, co jezioro: Arenal.
“Wulkan Arenal należy do 3 najbardziej aktywnych na świecie wulkanów i bucha każdego dnia lawą.” Tak przeczytaliśmy w internecie. Prawda okazała się jednak bardzo smutna. Żadnej lawy nie było, bo wulkan od kilku miesięcy śpi na dobre i nic sobie nie robi z przyjeżdżającyh do niego turystów. Fortuna miała być też bardzo klimatyczna a okazała się komercyjna i pełna Amerykanów, rzucających dolarami na prawo i lewo. Postanowiliśmy szybko uciekać, ale powstał mały kłopocik. Ostatni bus do stolicy, gdzie czekał na nas Julio z rodziną, odjechał o 14,45. Znów bez couchsurfingu zostaliśmy na lodzie i znów lał deszcz...
Cóż trzeba było robić. Znów poszedłem do kościoła i wyprosiłem nocleg w centrum parafialnym. Przespaliśmy się w sali z piętrowymi łóżkami a mi przypomniały się młodzieżowe wyjazdy oazowe. Rano, po śniadaniu wsiedliśmy do autobusu i odjechaliśmy do San Jose, z nadzieją, że Julio przyjmie nas w swoim domu.