Kłopoty prędzej czy później musiały przyjść. Kostaryka zaczęła się od samego początku źle. Drogie ceny, czasami wyższe niż w Polsce nastawiły mnie w pierwszym dniu z rezerwą do tego kraju. Sytuację pogorszył totalny brak zaproszeń na couchsurfingu. Nie mieliśmy gdzie spać a w podróży z dziećmi, to nieciekawa sytaucja…
Następnie zgubiliśmy karimatę a kiedy o tym rozprawialiśmy, pozbyliśmy się w autobusie następnej. Teraz mamy 2 na 4 osoby. Cholerka, trochę mało. Śpiąc niedawno w namiocie, doświadczyliśmy tego na właśnych tyłkach. Dobrze, że to była plaza nad Pacyfikiem i jakoś przebąkaliśmy z Lizką tę noc. Jedno jest pewne: musimy kupić karimaty.
Potem był wulkan Arenal, który zamiast lawy, pokazał nam wychodzące z krateru chmury, jakby (za przeproszeniem) bąka puścił na nasze “lawowe” plany. Potem ktoś mi buchnął okulary słoneczne, które z takim namaszczeniem wybierałem u kolegi Kotelaka z Torunia. Miesiąc organizował mi najlepsze szkła przeciwsłoneczne, żeby jakiś Kostarykanin mógł w nich sobie teraz szpanować na dyskotece.
Sprawę poprawił Julio z rodziną w San Jose u którego czuliśmy się przez 3 dni, jak u siebie w domu. I gdy pomyślałem, że będzie już tylko dobrze, pojechaliśmy nad Pacyfik, do Golfito. Pierwszy raz zaliczyliśmy wpadkę z couchsurfingiem.
Przyjął nas Carlos. Gość mieszkał w wynajmowanej ruderze z 3 sikającymi wszędzie psami. Słowo “wszędzie” chyba nie oddaje pełnej sytuacji, bo obsikany był po prostu cały dom! Zostaliśmy tylko dlatego, że była już 22 godzina i lał potężny deszcz. Przespaliśmy się na tarasie i rano uciekliśmy byle dalej od psiego wc. Carlos był fajnym, miłym świrusem, który polecił nam znajomego taksówkarza. Pisał, że mieszka daleko od autobusu i za 2.500 colones dowiezie nas na miejsce. Wiózł nas całe 3 minuty a następnego dnia okazało się, że ten kurs powinien kosztować 500-800 colones.
Pojechaliśmy spać pod namiot na plażę “Playa Pavones”, która słynie z drugich co do długości fal na świecie. Przywitał nas rastaman mówiąc, że fale zaczną się za 4 dni, bo teraz księżyc jest przed pełnią. Miny nam troche zrzedły, ale dzielnie poszliśmy wypożyczyć deski.
Te małe, według rastamana, fale sięgały 2 metrów i były jak tsunami. Pierwsza walnęła mną o deskę z taka siłą, że straciłem ochotę na serfowanie przez następną godzinę. Tylko na prośbę Lusi spiąłem się w sobie i pomaszerowałem z nią na plażę. Trzymając dwie deski wszedłem z Luśką do wody i przeżyłem chwile zgrozy.
Na kamienistej plaży fale zaczeły mną i dzieckiem rzucać z siłą pociągu pospiesznego. Kamienie o których mowa, to wulkaniczne szorstkie kamulce, tnące skórę jak papier. Najpierw jedna deska wyskoczyła z wody i trzasnęła o głowę dziecka z taka siłą, że płakało z 15 minut a potem zderzyła się z drugą robiąc w niej dziurę wielkości mojej ręki. Po kilkuminutowej walce z żywiołem, dwoma latającymi deskami i rozpłąkanej Luśce wyszedłem z wody, wiedząc, że na dziś zakończyłem serfowanie. Pan z wypożyczalni skutecznie mnie wsparł w tej decyzji wyceniając straty za zniszczony serfing.
Wojtek w tym czasie był z Lizą na spacerze, więc nie przyjął moich rad i postanowił samemu przekonać się, czy pamięta coś z lekcji serfowania w Nikaragui. Miał rację w 50%. Udało mu się dwa razy stanąć nawet na desce, ale wychodząc fala rzuciła go na kamienie i kontynuował, następnego dnia, surfing na łóżku szpitalnym.
Przespaliśmy się na plaży. Brak 2 karimat wynagrodził nam piasek, do którego jednak trzeba było się dokopać, przerzucając 2 tony kamieni. Udało mi się za to nocne polowanie z aparatem na czarne kraby. Cóż, jedziemy dalej, świadomi czekających na nas trudności, ale mimo to ciekawi świata.