Kolejny dzień w Nikaragui. Cóż, jedziemy dalej. Rozpęczeliśmy trzeci miesiąc naszej wyprawy. Ale co to znaczy, przy 25 latach spędzonych za granicą przez naszego nowego znajomego Julio…
Niech was imię nie myli. Julio to Polak, który mieszka w stolicy Kostaryki (o rany, jak to się dziwnie pisze…. “Normalnie” powinno być Costa Rica). Julia zagadał Wojtek (on zaczepia wszystkich!!!) w chikenbusie do San Juan del Sur. Pogadali sobie razem obaj panowie w trakcie podróży. Na koniec, również rodzice, mieli przyjemośc poznać Julia a ponieważ Jan Jose leży na naszej trasie, przyjeliśmy z przyjemnością zaproszenie Julia.
Podróże chikenbusami często przynoszą niespodzianki. Dziś np. kobieta podróżowała z kurami. Autobus pękał w szwach, tak mocno, że kilka osób zdecydowało się na podróż na dachu a mimo to każdy przystanek był dokładnie sprawdzony przez kierowcę i jego pomagiera, czy czasem ktoś nie jedzie w kierunku San Juan.
Po 2 godzinach trasy, dotarliśmy na miejsce idealnie i rozpoczeliśmy kolejną przygodę, o której napiszemy w jutrzejszym blogu. Musimy ją przecież najpierw sami przeżyć.
Dziś rano wstaliśmy wcześniej, by zobaczyć niesamowity archipelach 365 wysp. Uformowały się na największym jeziorze Ameryki Środkowej, Lago de Nicaragua. Jezioro ciągnie się przez blisko 170 kilometrów i z brzegu przypomina morze. Wielkie fale, wiatr i na horyzoncie tylko woda.
Wyspy były różne, małe i duże. Były zamieszkane i nie. Na tych zamieszkanych znajdowały głównie posiadłości Amerykanów. Jedna była do kupienia. 350 tysięcy dolarów i mozna otworzyć świetny hotelik dla turystów.
Po zapewnionej przez Ministerstwo Turystyki wycieczce po jeziorze i zwiedzaniu Granady, ruszyliśmy na kolejne wyzwanie: nasz numer siedem. Wulkan Mombacho. 1344 metrów n.p.m.
Mombacho jest wymarły, ale przez otaczający go klimat żyje w postaci endemicznych, tylko tu występujących roślin. Najciekawsza jest najwyższa partia roślinności, która wiecznie przykryta wilgotnymi chmurami, rośnie w jakiś dziwny, niespotykany sposób. Nie umiem opowiedzieć na czym dokładnie polega ta “inność”. Na pewno jednym z elementów jest niesamowita siła witalna tych roślin. Tutaj rzucony patyk na ziemię, następnego dnia puszcza korzenie. Płoty robi się tak, że wkopuje się kije, które same zamieniają się w wielkie żywopłoty.
Gdy zeszliśmy na chwilę na wulkanie z trasy, poczuliśmy co to znaczy dżungla. Ściana pnączy, korzeni i drobnych roślin, która nie pozwala iść do przodu. Nam się udało, bo znaleźliśmy koryto rzeki i nim dotarliśmy do drugiego szlaku.
Jutro zostawiamy jezioro Nicaragua i przeskakujemy nad Pacyfik. W planie mamy lekcje serfowania i smakowanie burritos.